Podświadomy skrypt przyciągania przeciwności losu

Nadchodził świt po nocy z soboty na niedzielę. Wracałem z nocnego lokalu do domu. Zaparkowałem auto na skraju ulicy, wysiadłem i spostrzegłem wysokiego faceta, którego nie znałem nawet z widzenia. Pomyślałem sobie, że za chwilę poprosi mnie o papierosa albo zapyta o drogę.

Kiedy spostrzegłem, że w ręku trzyma broń, było za późno na ucieczkę. Miałem przed sobą nagrzanego ćpuna, spragnionego kolejnej działki. Były to lata osiemdziesiąte, Miami przeżywało finansowy rozkwit za sprawą handlu narkotykami. Kokainowa epidemia pochłaniała coraz więcej ofiar, wokół roiło się od drobnych kubańskich przestępców z łodzi Mariel oraz słynnych Kokainowych Kowbojów. South Beach gdzie wówczas mieszkałem, znajdowała się w epicentrum całego ówczesnego narkotykowego biznesu.
Miałem wkrótce dołączyć do tej smutnej statystyki…

Facet przyłożył mi broń do skroni, a jego szkliste spojrzenie nabrało pustego wyrazu, przeszywając mnie na wskroś. Tuż za nami zatrzymał się biały Pontiac Fiero, widać było że czeka na mojego napastnika. Chociaż trenowałem wschodnie sztuki walki, sytuacja
w jakiej się znalazłem wykluczała możliwość fizycznej obrony. Wlot broni spoczywał teraz na mojej skroni, a ja wiedziałem tylko, że kiedy wystrzeli, będzie po mnie.

Nawet jeśli nie na miejscu, to i tak byłby to koniec. Nie miałem pojęcia, czy ten drugi w samochodzie też nie jest uzbrojony (okazało się, że faktycznie był). Mógł też, gdyby tylko nabrał takiej ochoty, przejechać po mnie swoim autem.

Postanowiłem więc, że spróbuję uspokoić mojego napastnika, oddam mu te parę drobniaków, jakie miałem w portfelu i w ten sposób pokojowo rozwiążę sytuację. Byłoby to najlepsze z możliwych rozwiązań, zwłaszcza że miałem przy sobie jedynie siedem dolarów! Działka kraku kosztowała wtedy piątaka, więc powiedziałem mu, żeby wziął tę kasę, kupił co trzeba i zapomniał o całej sprawie.

Ale on nie dawał się przekonać, upierając się, że na pewno mam przy sobie o wiele więcej i lepiej zrobię jeśli natychmiast oddam mu wszystko..

Tak więc dalej brnąłem w racjonalnie wyjaśnianie, że te nieszczęsne siedem dolców to wszystko, co przy sobie mam i że najlepiej będzie jak je sobie weźmie i uda się do najbliższego dealera. Próbowałem odwrócić jego uwagę, mówiąc, że na pewno nie chciałby, aby wynikły z tego jakieś poważniejsze konsekwencje typu aresztowanie, sprawa w sądzie, i w rezultacie odsiadka. Jak wiadomo, żaden ćpun na haju
nie przejawia zdolności do racjonalnego myślenia…

Nagle kazał mi wsiąść z powrotem do auta. Nie mam pojęcia skąd i dlaczego, ale wiedziałem, że kiedy to zrobię, nie wyjdę już stamtąd żywy. Wiec odmówiłem. „Masz tu kasę i klucze do wozu. Bierz sobie to auto, ale ja tam nie wsiądę. Po prostu weź kasę, fundnij sobie bita,
a ja sobie spokojnie odejdę, jakby nigdy nic”.

Oboje staliśmy tuż za snopem światła padającego z latarni. Zacząłem powoli przysuwać się w kierunku oświetlonej przestrzeni , na wypadek gdyby ktoś nagle przejeżdżał obok albo wyjrzał przez okno. W jednej sekundzie napastnik zareagował bardzo nerwowo. Kierowca białego Fiero zwiększył obroty silnika…

W okamgnieniu, wlot broni agresora przeskoczył z mojej skroni na brzuch, naciskając nań z całej siły. Facet wymamrotał coś złowieszczo brzmiącego. Pamiętam tylko, że przez jedną sekundę zastanawiałem się, czy to wypowiedziane przez niego „coś” było skierowane do mnie, do całego świata czy tez do niego samego. To tajemnicze „coś” mogło mieć wiele znaczeń. Pamiętam, że kiedy wkrótce po całym zajściu rozmawiałem o tym z innymi osobami, próbowałem ustalić, do kogo ten człowiek wtedy mówił i o co mu chodziło.

Najciekawsze jest to, że kiedy próbuję przywołać w pamięci wypowiedziane przez niego słowa nic nie przychodzi mi do głowy. Jestem pewien, że mój umysł wykasował całe to przeżycie, aby uchronić mnie przed intensywnym przypominaniem sobie tego, co w chwilę później nastąpiło…

Napastnik pociągnął za spust broni. Nic z tych rzeczy, które pokazują w TV. Ogłuszający odgłos wystrzału, zwłaszcza o tej porze, odbił się od ściany budynku, w którym mieszkałem i pognał echem, rozchodząc się po całej okolicy. Objąłem gwaltownie brzuch rękoma,
przewracając się i upadając plecami na chodnik. Czas zatrzymał się jak w Matrixie…

Spokojnie przyglądałem się, jak napastnik wsiadł do samochodu, który następnie odjechał w kierunku Miami. Pamiętam, jak przez myśl przemknęło mi, że to tylko idiotyczny żart, że to był tylko pistolet startowy albo że nie był nabity, ponieważ nic w tamtej chwili nie czułem. Kiedy jednak spojrzałem w dół, w miejsce które obejmowałem rękoma, zobaczyłem strumienie krwi przeciekającej przez
moje palce.

I poczułem ból. Straszliwy ból. Jestem dumny ze swoich zdolności pisarskich i krasomówczych, za pomocą których wyrażam swoje myśli, pomysły oraz dzielę się z innymi swymi osobistymi doświadczeniami. Pomimo to, nie potrafię znaleźć słów, aby adekwatnie opisać doznanie cielesne, jakie wywołuje wystrzelony pocisk, który wdziera się w tętniące życiem organy wewnętrzne. Po prostu – rozgrzany do białości, przeraźliwy, termonuklearny, fizyczny ból.

Odgłos wystrzału był bardzo donośny, spodziewałem się więc, że nagle światła we wszystkich oknach zapalą się, ludzie zaczną się wychylać, otwierać drzwi, aż w końcu ktoś wybiegnie i zaopiekuje się mną. Nic z tych rzeczy. Nieruchoma cisza.

Usiadłem na ulicy z rozpostartymi nogami, na które padało światło latarni. Siedziałem tam przez jakiś czas, ciągle w szoku, w stanie odrealnienia, odcięty od otaczającej mnie rzeczywistości, przyglądając się jak kałuża krwi wokół mnie robi się coraz większa. Nagle zdałem sobie sprawę, że jeśli nie wstanę, nie pójdę do swego mieszkania i nie zadzwonię po pomoc, będzie po mnie.

Zdarłem z siebie koszulę i oplotłem ją wokół brzucha, starając się w ten sposób powstrzymać krwawienie. Z wielkim wysiłkiem wstałem, przeszedłem na drugą stronę ulicy, wdrapałem się na górę po schodach i znalazłem w swoim mieszkaniu. Zdołałem wykręcić numer pogotowia, po czym opadłem na krzesło. Poczułem, jak życie powoli uchodzi ze mnie, w miarę jak coraz większe ilości krwi spływały na
dywan.

Zanim paramedycy przybyli na miejsce, zdążyłem tak osłabnąć, że razem z krzesłem musieli wynieść mnie z mieszkania do karetki. Kiedy kładli mnie na noszach, skręcałem się z bólu, a wtedy krew ponownie chlusnęła z postrzelonego brzucha. W drodze do szpitala ciśnienie krwi spadło tak gwałtownie, że konieczne było umieszczenie mnie w kombinezonie ciśnieniowym, aby moje serce wciąż mogło pompować krew.

Gdy dotarłem na izbę przyjęć, pielęgniarki na „dzień dobry” zainstalowały w moim ciele cztery wenflony i cewnik. Lekarze natychmiast zawieźli mnie na salę operacyjną, gdzie zszyli mi uszkodzone jelito grube. Uratowali mi życie, ale po tym wszystkim miałem doświadczyć najgorszego w swoim życiu cierpienia…

Przez kolejne kilka dni nie mogłem ani jeść, ani pić. Usta zwilżano mi wacikiem. Dren przechodzący przez mój nos i gardło aż do żołądka prowokował odruch wymiotny. Środki uśmierzające nie były w stanie zagłuszyć koszmarnego bólu. Gdy zachłysnąwszy się własną flegmą nagle zwymiotowałem, wyrwałem z siebie dren, który za chwilę został zainstalowany ponownie z groźbą, że jeśli jeszcze raz to zrobię, moje ręce zostaną przypięte pasami do poręczy łóżka.

Operacja i rekonwalescencja, która trwała przez następne kilka miesięcy uważam za okres największego cierpienia w swoim życiu. Szwy, które mi założono, rozeszły się i wdała się infekcja. Nie mogłem ani siedzieć, ani stać, ani leżeć, wciąż odczuwałem bolesny dyskomfort. Minęły dwa lata, zanim poczułem się znowu sobą. Tego, co przeszedłem nie życzyłbym największemu wrogowi.

A jednak, czy potraficie wyobrazić sobie szok jakiego doznałem, kiedy pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że podświadomie sam pragnąłem dla siebie tak tragicznego losu? Gdyby ktoś powiedział mi coś podobnego wtedy właśnie, skończyłoby się to pewnie dotkliwym pobiciem z mojej strony.

Przekonacie się wkrótce, że faktycznie, w podświadomy sposób przyciągnąłem do swego życia to bolesne przeżycie. Bezwiednie podtrzymywałem wewnętrzny skrypt bycia ofiarą, który został zaszczepiony w moim umyśle jeszcze w dzieciństwie. Byłem bezradnym pionkiem targanym na prawo i lewo przez potężne siły i podobnie jak niejeden z czytelników, nieświadomie uzewnętrzniającym własne
problemy, podświadomie przyciągającym do swego życia przeciwności losu i sabotującym własny sukces.

Dlaczego to robiłem? Dlaczego robisz to Ty?

 

Uwaga: W książce „Dlaczego jesteś głupi, chory i biedny…” Randy Gage wyjaśnia dziwne serie wszystkich automatycznych
działań, które ściągają na nas niepowodzenia, ból i cierpienie… Jeśli jeszcze nie wiesz, kim jest Randy Gage, i nie znasz jego dramatycznych losów, które doprowadziły go do wielkiej fortuny, koniecznie już teraz wejdź i zapisz się na: www.randygage.pl.

Oceń ten wpis

< < Poprzedni <<
>> Następny >>
darmowy ebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


(wymagane)