Pierwsza pozycja

Pierwsza pozycja

„Asana — tak mówimy na pozycję w jodze. Na przykład paścimottanasana — skłon do przodu. To była moja pierwsza asana ever. No, może nie pierwsza, bo przecież na WF-ie też się pojawiało coś z jogi i robiłam świecę po obejrzeniu Wojny domowej, i medytowałam w lotosie na warsztatach zen, a potem ćwiczyłam, patrząc na obrazki w książce Milana… No ale chodzi o pierwszą pozycję na zajęciach, które nazywały się „joga” właśnie.

Paścimottanasana. Mało przyjemna — wtedy. To było rano, po nie do końca przespanej nocy w samochodzie. Byłam zdezorientowana nową sytuacją. Bolały mnie pośladki, tyły nóg, plecy, ramiona i dłonie, ściskające pasek, bo z prostymi kolanami nie byłam w stanie przytrzymać się za stopy, a takie było zalecenie mojego pierwszego nauczyciela. Pasek był fioletowy. Kupiony na metry w pasmanterii na Śniadeckich w Warszawie. Na kilometry powinni sprzedawać te paski do jogi, bo czasem do stóp jest bardzo daleko.

Bolało mnie wszystko. Przez okno widziałam twarze chłopców z domu dziecka, bo ten ekskluzywny yoga retreat Anno Domini 1993 odbywał się w domu dziecka. Nie wiem, kto komu bardziej współczuł.

W końcu ja (sierotka?) cierpiałam na własne życzenie i za własne (choć częściowo pożyczone) pieniądze. Moi rodzice nie mieli z tym nic wspólnego — nie pili, nie bili mnie, nie porzucili, jak pewnie było w przypadku tych chłopców. Ja cierpiałam na własną odpowiedzialność. I w dodatku akceptowałam to cierpienie bez komentarza. Gdyby nasz nauczyciel — Jurek — niczym Christian Grey przykuł nas kajdankami do drabinek w sali gimnastycznej i prał nas pejczem za każdy błąd w asanie, też bym nie komentowała. No bo wrzuciłam już pierwszy bieg, ruszyłam z parkingu i chciałam jechać. Nie zamierzałam się poddać po pierwszym kilometrze. A raczej — centymetrze, jeśli liczyć odległość postępami na pasku.

Chociaż… nie tak miało być. Jadąc na jogę, wyobrażałam sobie raczej, że pierwsza asana oznacza błogi spokój, „Om” rozlewające się przyjemną wibracją po całym ciele i jednorożca, która zaniesie mnie na swoim grzbiecie do krainy wiecznej nirwany. Nie tak było. Ale nie poddawałam się. I tobie też nie radzę.

To się zdarza, że w trakcie jest różnie. Brakuje ci nie tylko rąk (żeby dotknąć nimi stóp), ale także cierpliwości, siły i oddechu. Drżą mięśnie. Nie do końca jesteś w stanie ogarnąć instrukcje. Które żebra są środkowe? Gdzie udo ma szczyt? Jak unieść kość ogonową i postawić łonową? Na czym?

W trakcie bywa niewygodnie, męcząco i niefajnie, ale to jeszcze nic nie znaczy. Najważniejsze, jak jest „po”. Ktoś kiedyś powiedział, że ćwiczymy po to, żeby potem poleżeć w śavasanie, pozycji trupa, czyli relaksie. Z poczuciem dobrze wykonanej pracy. Albo w ogóle wykonanej pracy. Ale ćwiczymy też po to, żeby potem żyć. I życie po sesji jogi jest zdecydowanie lepsze niż przed sesją jogi.

Joga w dość bezpiecznych w sumie warunkach (zapomnij o Greyu) wprowadza nas w pozycje niewygodne, trudne, wymagające, podnosi nam poprzeczkę, wystawia na próbę. Tak samo jak życie. Tylko że życie robi to czasem znienacka. Jeśli wcześniej mamy to przećwiczone na macie — jak to jest, gdy nie jest super, jak to jest przekraczać swoje granice, zmęczyć się do bólu, przetestować swoją elastyczność — to potem w realu jest łatwiej.

Serio. Albo jak mówił osioł ze Shreka: serio, serio.

Dlatego ja cieszę się z mojej pierwszej asany. I cieszę się z każdej kolejnej. Im dłużej ćwiczę jogę, tym więcej mam siły, elastyczności, wytrwałości, żeby żyć. I przyjąć każdą pozycję, którą narzuci mi tak zwane real life.

Cieszę się też z każdej asany, która nie wychodzi. Bo przyjemnie jest obserwować postęp. To słowo nielubiane w jogowym środowisku (podobnie jak „rywalizacja”), bo — oczywiście — w jodze nie chodzi o postępy, a przynajmniej nie te widoczne w ciele. Bardziej chodzi o oddech, spokój, komfort, panowanie nad umysłem. Ale… jednak. Gdy pojawia się swobodniejszy oddech, swobodnieje też ciało i miło jest obserwować, jak odpuszcza sztywność, a nadchodzi siła.

Nawiasem mówiąc, z definicji asana jest pozycją, w której czujemy się dobrze i w której dobrze nam się oddycha. Więc moja paścimottanasana nie była asaną w pełnym tego słowa znaczeniu. Większość początkowych pozycji nie jest. Dążymy jednak do tego, by stały się one asanami ASAP.

I w trakcie tego dążenia fajnie jest zaobserwować postępy. Tak, poczucie komfortu na pewno, ale także te widoczne, fizyczne, czyli centymetr dalej, jeden oddech dłużej… Bo one przekładają się na postępy duchowe, wierzę w to. Tak jak siła fizyczna na psychiczną, elastyczność na macie na elastyczność w życiu, równowaga w utthita hasta padangusthasanie na równowagę emocjonalną. To wszystko jest zlinkowane. I kiedy najpierw nie wychodzi, a potem wychodzi, zastrzyk endorfin jest ogromny. I właśnie dlatego nie szkodzi, że nie wychodzi. Trzeba tylko się postarać, żeby ta pierwsza asana nie stała się ostatnią. Albo raczej żeby ta pierwsza pozycja stała się asaną tak szybko, jak to możliwe. I żeby kolejne pozycje — na macie, w życiu — też stawały się coraz wygodniejsze.”

Fragment pochodzi z książki „13 lekcji jogi” Agnieszki Passendorfer.

Oceń ten wpis

< < Poprzedni <<
>> Następny >>
darmowy ebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


(wymagane)