Browsing Tag

Filip Ziółkowski

rozwój osobisty i osiąganie celów

Efekt uboczny podróżowania

4 lipca 2016

Czy znasz efekt uboczny podróżowania? Przeczytaj, co na ten temat opowiada Filip Ziółkowski w swojej książce „Przebudzenie w drodze”:

„Nie planowałem zabawić długo w Malezji, wiedząc, że jest to kraj muzułmański i średnio-imprezowy (a po Indonezji i Singapurze potrzebowałem normalnej, zdrowej zabawy), ale skoro było po drodze, to postanowiłem zobaczyć Petronas Twin Towers w Kuala Lumpur i zwiedzić Park Narodowy Taman Negara.

Niesamowita szklano-metalowa dwuwieżowa budowla Twin Towers jest siedzibą Petronas, malajskiej firmy gazowo-naftowej, i wznosi się na przyprawiającą o zawrót głowy wysokość 88 pięter. Turyści mają możliwość wjazdu windą na wysokość przejścia, które łączy ze sobą dwie wieże, albo dalszej jazdy – na 86 piętro, skąd rozciąga się widok na Kuala Lumpur. Nocą te słynne drapacze chmur rozświetlają panoramę miasta. Równie oszałamiająco prezentują się, kiedy patrzy się na nie z poziomu ziemi, stojąc przed ich wejściem.

Moja wizyta w Kuala Lumpur była raczej przewidywalna – poza jedną nocą, kiedy wracałem pieszo do hostelu po zwiedzaniu miasta. Zatrzymałem się przed skrzyżowaniem, czekając na zielone światło, kiedy zaskoczył mnie niski głos dochodzący zza moich pleców.

Cześć, kolego. Skąd jesteś? – odwróciłem się i zobaczyłem trzy kobiety wzrostu koszykarzy, zmierzające w dosyć agresywny sposób w moim kierunku.

Zamarłem, w głowie rozważając możliwości ucieczki. Mimo tego, że powiedziałem tym ladyboys, żeby zostawili mnie w spokoju, bo nie byłem zainteresowany ich towarzystwem, nie chcieli się odczepić. W końcu zapaliło się zielone światło i mogłem od nich uciec.

Przechodząc przez pasy, zauważyłem piękną kobietę na motocyklu przed przejściem dla pieszych, która uśmiechnęła się i pomachała do mnie. Chciałem zapomnieć o zajściu z ladyboys, więc zdecydowałem się z nią poflirtować – jednak, jak się okazało, to też był ladyboy. Wybuchnąłem śmiechem, myśląc o ironii tych dwóch zdarzeń i zmierzając prosto ku samotnej nocy w hostelu.

W hostelu zdałem sobie sprawę z tego, że słyszę kogoś mówiącego po polsku. Okazało się, że na ekranie wyświetlany jest film „Inland Empire”. Jego akcja dzieje się w Polsce, grają w nim polscy aktorzy, a sam film jest jednym z najdziwniejszych obrazów Davida Lyncha, który słynie z takiego właśnie kina. Co za noc, pomyślałem.

Miałem dosyć dusznych, zakorkowanych miast, następnego dnia ruszyłem więc pieszo do najstarszego na świecie lasu deszczowego – Taman Negara. Sam las istniał już 130 milionów lat temu, ale park narodowy powstał tam dopiero pod koniec lat trzydziestych XX wieku. Zamieszkuje go wiele rzadkich gatunków zwierząt, ptaków i ryb i jest to świetne miejsce na odpoczynek od cywilizacji. Wśród tej różnorodnej fauny i flory po raz pierwszy przeżyłem tropikalną ulewę. Gdy zaczęło lać, schowałem się w pobliskim barze przy rzece, gdzie inni podróżnicy także zdecydowali się przeczekać deszcz. Przyjemnie spędzaliśmy czas w oczekiwaniu na powrót słońca – skończyło się na śpiewaniu polskich, hiszpańskich, angielskich i malajskich piosenek. Wśród ludzi, których poznałem, był Hiszpan Pedro. Utrzymywaliśmy kontakt i sześć lat później odwiedziłem go w Madrycie, gdzie spędziliśmy całą noc na piciu wina, jedzeniu tapas i rozmowach o życiu i podróżach.


MOMENT OLŚNIENIA

Nawiązywanie znajomości i utrzymywanie kontaktu z ludźmi, którzy myślą podobnie do Ciebie, jest możliwe dzięki nowoczesnej technologii. To jeden z najlepszych efektów ubocznych podróżowania.


Zdałem sobie sprawę z tego, że jedną z najfajniejszych części podróżowania jest właśnie nawiązywanie znajomości z ludźmi pozytywnie nastawionymi do życia i wyznającymi podobne wartości. Dzięki Internetowi i portalom społecznościowym mogę utrzymywać kontakt z wieloma wyjątkowymi osobami, których poznałem w drodze. W hostelu dzieliłem pokój z przyjazną kanadyjską parą i amerykańskim grafikiem z Boulder w Kolorado, który odwiedził mnie później w Cali w drodze do Ekwadoru.”

Fragment pochodzi z książki „Przebudzenie w drodze” Filipa Ziółkowskiego.

rozwój osobisty i osiąganie celów

Podążam za marzeniami

1 lipca 2016

Jak wiele zależy od naszego nastawienia i wiary, że to, czego pragniemy, uda się? Od dążenia małymi krokami do obranego celu?

Przeczytaj, jak potoczyły się losy Filipa Ziółkowskiego, autora książki „Przebudzenie w drodze”, który od 12 roku życia marzył o wielkich podróżach!

Zawsze myślałem, że podróżowanie po świecie musi być zarezerwowane dla kilku globtroterów o wyjątkowych talentach i niezwykłej odwadze. Wydawało mi się, że był to styl życia odpowiedni jedynie dla tych, którzy odważyli się zaryzykować i zanurkować w nieznane, wystawiając się na związane z tym niebezpieczeństwa.

Podczas jednego z wypadów po pracy wdałem się w rozmowę z kolegą, którego do tego czasu uważałem za raczej przeciętnego, prostego faceta, który lubił wypić drinka i popodrywać dziewczyny. Zaskoczyło mnie i zaintrygowało więc, kiedy usłyszałem, że przed zatrudnieniem przez naszą firmę spędził cały rok, podróżując po świecie. Może jednak nie jest to droga tylko dla wybranych, pomyślałem.

Drążyłem temat dalej i dowiedziałem się, że podróże po świecie to nic niezwykłego w Wielkiej Brytanii. Istniała nawet konkretna nazwa opisująca to zjawisko – gap year – i wielu świeżo upieczonych absolwentów uniwersytetu wybierało tę ścieżkę przed rozpoczęciem kariery zawodowej. Nie było to więc zajęcie dla wybrańców! Czułem, jak wzbiera we mnie podekscytowanie z powodu tego objawienia.

Wróciłem do księgarni Borders, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, i natknąłem się na dwie książki: „Mój pierwszy raz dookoła świata” wydawnictwa Lonely Planet i „Dookoła świata” Rough Guide. Po przeczytaniu ich i kilku innych pozycji na ten temat byłem gotów podjąć wyzwanie.

Pochodziłem jednak z kraju, w którym przyjęło się podróżować w towarzystwie, a żaden z moich przyjaciół nie wyrywał się, by do mnie dołączyć. Byli albo zajęci, albo spłukani, za bardzo się bali albo byli zaangażowani w inne projekty. Miałem więc dwie możliwości: mogłem jechać sam albo nie jechać w ogóle.

Na jednym z pracowniczych lunchów opowiedziałem o mojej pasji podróżowania i braku kompana dwóm koleżankom z pracy – Australijce Stevie i Angielce Gladys. Podzieliłem się z nimi swoją obawą co do samotnych podróży. Przekonywały mnie, żebym wyjechał sam, mówiąc, że one zawsze tak robią. Na tyle, na ile je znałem, wiedziałem że nie należą do ludzi przesadnie szalonych ani śmiałych, byłem więc przekonany, że skoro im się udało, to i mnie się uda.

Zainspirowany rozmową, natychmiast zacząłem przygotowania. Tego samego dnia za pomocą portali Skyscanner i Hostelbookers kupiłem bilety i znalazłem zakwaterowanie na weekendowe wypady do Rzymu i Amsterdamu, dwóch europejskich miast, które zawsze chciałem zobaczyć. Te małe podróże były sprawdzianem, który musiałem przejść przed wyruszeniem w drogę na stałe. W hostelach, w których się zatrzymałem, spotkałem wielu wolnych duchów, którzy byli w drodze od dawna. Natchnęli mnie do podejmowania dłuższych wypraw i podsycali we mnie płomień mojej podróżniczej pasji. Gdy wróciłem do Londynu, nic już nie było takie samo – moje plany zaczęły przybierać konkretne kształty.

Zachęcony pierwszymi wypadami, które okazały się sukcesem, poczułem, że jestem w stanie swobodnie podejmować śmielsze decyzje przy kolejnych wyprawach. Pewnego dnia dołączyłem do tłumu tańczącego podczas kubańskiego karnawału nad Tamizą. Tam po raz pierwszy usłyszałem salsę i urzekła mnie magia tej muzyki i tańca, który jej towarzyszy. Ludzie tańczyli, uśmiechając się do siebie i wspaniale się bawiąc, bez narkotyków czy sporej ilości alkoholu. Poczułem nagły przypływ radości – coś, czego nie czułem już od dawna. To było ta bliskość, której szukałem. To było ciepłe i prawdziwe uczucie więzi.

Zainspirowany karnawałem, jakiś czas później postanowiłem urządzić sobie samotne dwutygodniowe wakacje na Kubie. To był kolejny kamień milowy na ścieżce, którą szedłem, nim odważyłem się zostać podróżnikiem. Moje wakacje okazały się być pobudzającą mieszanką wędrówek z plecakiem, randek z tamtejszymi dziewczynami, nauki salsy, picia słynnego lokalnego rumu i palenia kubańskich cygar. Poznałem innych podróżników i imprezowałem z nimi, korzystając z życia. Niełatwo było mi opuścić cudowne, tropikalne ciepło i energię tego kraju, ale intuicja podpowiadała mi, że kiedyś tam wrócę.

Kiedy wróciłem do londyńskiego życia, nic nie mogło mnie powstrzymać przed realizacją marzeń. Obudziłem w sobie ciekawość dwunastolatka, który po wycieczce do Niemiec wymyślił sobie, że dowie się, jak wygląda życie poza granicami Polski. Byłem stuprocentowo gotowy rozpocząć przygodę, o której zawsze marzyłem.

Firma, w której pracowałem, była w trakcie zmiany właściciela i doradzono mi, bym wstrzymał się z odejściem, aż moje stanowisko stanie się zbyteczne i zostanę zwolniony – w ten sposób otrzymam trzymiesięczną, wolną od podatku wypłatę. Zdecydowałem się więc poczekać. Aby w międzyczasie podtrzymać ducha podróży, kupiłem pierwszą lustrzankę Nikona i rozpocząłem przygotowania.

W Hawanie poznałem dwóch podróżników, Bartka i Łukasza, którzy zainspirowali mnie do tego zakupu. To oni są po części odpowiedzialni za to, że do moich planów podróżniczych dodałem wymiar wizualny. Kupiłem domenę, www.filipontheroad.com, i założyłem własnego bloga, na którym chciałem uchwycić wszystkie warte uwagi doświadczenia i się nimi dzielić. Tymczasem zaplanowałem kilka weekendowych wypadów – do Lizbony, Andaluzji, Dublina, Pragi, Kopenhagi i Szkocji.

Za pośrednictwem bloga skontaktowałem się z Tomkiem, kumplem z uniwerku, z którym poleciałem do Stanów Zjednoczonych za pierwszym razem. Po raz kolejny zaproponował wspólną wycieczkę – tym razem miesięczną przygodę w Australii i Nowej Zelandii. Zachwycony pomysłem, zgodziłem się!

Trwające całe życie przygotowania do podróży po świecie dobiegły końca. Wszystko, co do tej pory przeżyłem, od pierwszej iskry – rozbudzonej, kiedy miałem dwanaście lat – przez odkrycie, że modlitwą można osiągnąć cud, po zawirowania w życiu uczuciowym, które pchały mnie ku przekraczaniu rzekomych granic możliwości; wszystko to przygotowało mnie, by odmienić swoje życie. Dzięki małym wyprawom, które wcześniej podjąłem, byłem już innym człowiekiem. Przepełniony podnieceniem, niespokojnie czekałem, zastanawiając się, jakie wrażenia i lekcje przyniesie ścieżka biegnąca przede mną.”

Fragment pochodzi z książki „Przebudzenie w drodze” Filipa Ziółkowskiego.

rozwój osobisty i osiąganie celów

Wpływ książek

29 czerwca 2016

Uważasz, że książki nie mogą mieć na Ciebie realnego wpływu? A może wręcz przeciwnie – pochłaniasz je w niesamowitej ilości, wierząc, że możesz z nich wyciągnąć to, co najlepsze?

Przeczytaj, jaki wpływ miały książki na Filipa Ziółkowskiego autora książki „Przebudzenie w drodze”:

„Kiedy miałem czternaście lat, system polityczny całej Europy Wschodniej się zmienił i stałem się świadkiem narodzin dzikiego kapitalizmu. Zmiany te cieszyły nas wszystkich i dawały nam poczucie wolności – w końcu uzyskaliśmy dostęp do zachodnich produktów i mogliśmy swobodnie starać się o paszport. Widzieliśmy, jak otwierają się przed nami nowe możliwości, dotychczas niedostępne.

Dorastałem pod wpływem stylu życia Zachodu, który cenił ambicję, ciężką pracę i dążenie do celu. Nauczyło mnie to rywalizacji i postrzegania zwycięstwa jako jedynej oznaki sukcesu. Moje wychowanie, znajomi i kultura nie przygotowali mnie ani na zgłębianie tego, kim jestem, ani na poszukiwanie celu w życiu. Minęło ponad trzydzieści lat, nim udało mi się rozwikłać te zagadki oraz pojąć siłę ludzkich myśli i wyobraźni i dostrzec, co jest w życiu najważniejsze.

Po raz pierwszy zainteresowałem się rozwojem osobistym, kiedy miałem siedemnaście lat. Przez przypadek poznałem wtedy współpracownika mojej mamy, który polecił mi książkę „Obudź w sobie olbrzyma” autorstwa Anthony’ego Robbinsa. Po jej przeczytaniu natychmiast postanowiłem stać się najlepszą możliwą wersją samego siebie. Czyli – jak mi się wtedy wydawało – polską gwiazdą rocka. Wkrótce rzuciłem wszystko, by zająć się muzyką.

Nauczyłem się śpiewać, grać na gitarze, a nawet komponować wpadające w ucho pop-rockowe piosenki. Zanim grunge trafił z Seattle pod polskie dachy, byłem wielkim fanem Guns N’ Roses. Zapuściłem włosy i czekałem, aż wyrośnie mi grandżowa bródka.

Książka Robbinsa tak bardzo mnie zainspirowała, że zacząłem szukać podobnych pozycji w miejscowej księgarni ezoterycznej. Trafiłem na „Być panem swego czasu i swego życia” Alana Lakeina z 1973 roku, w której autor dzieli się doświadczeniem i uwagami na temat produktywności. Dążyłem do tego, by jak najszybciej osiągnąć swoje cele, więc te informacje okazały się dla mnie bezcenne.

 

MOMENT OLŚNIENIA
Gdybyś mógł osiągnąć wszystko,
czego tylko zapragniesz, co by to było?

 

W jednym z rozdziałów autor poruszał kwestię siły, jaka emanuje z inspirujących pytań. Moją uwagę przykuło jedno z nich: gdybyś mógł osiągnąć wszystko, czego tylko zapragniesz, co by to było?

Idąc za sugestią Lakeina, zapisałem wszystko, co przyszło mi do głowy. Autor podkreślał, by odpowiedzi dotyczyły różnych dziedzin życia, np. seksualności czy podróży po świecie. Na mojej liście znalazło się wiele punktów, jako że wieloma sprawami się wtedy interesowałem: chciałem ukończyć studia z dobrymi stopniami, mieć piękną dziewczynę, dobrą pracę, stać się słynnym muzykiem rockowym itd. To były dobre pomysły, wszystkie potencjalnie możliwe do zrealizowania, ale jakoś nie czułem się nimi szczególnie zainspirowany.

Przeczytałem rozdział po raz drugi i gdy skupiłem się na pierwszej części pytania („gdybyś mógł osiągnąć wszystko”), zdałem sobie sprawę z tego, że nic nie inspiruje mnie bardziej niż podsunięte wcześniej przez autora podróżowanie dookoła świata. Nie znałem nikogo, kto by wyjechał dalej niż do Niemiec czy innego sąsiadującego z Polską kraju. Stało się dla mnie jasne, że odkrywanie każdego zakamarka planety było największym marzeniem, jakie człowiek może sobie wyśnić. Iskierka inspiracji została rozpalona. Wiedziałem, że wszystkie decyzje, które będę od tej pory podejmował, muszą opierać się na pasji, a nie na obietnicy dużych pieniędzy czy sukcesów w pracy.

Gdy już nakreśliłem swój cel, wróciłem do lektury książki Robbinsa, żeby dowiedzieć się, jakie są jego rady na temat wcielenia marzeń w rzeczywistość. Robbins uważał, że najlepiej zacząć od drobnych kroków, jeden po drugim. Poszedłem więc do miejscowej księgarni i kupiłem mapę świata – był to mój pierwszy, niewielki krok.

Powiesiłem ją na ścianie nad łóżkiem i rozmyślałem o miejscach, które warto odwiedzić. Świat jest ogromny, nie miałem pojęcia, od czego zacząć.

 

MOMENT OLŚNIENIA
Nawet niewielkie działanie pokazuje Wszechświatowi,
że jest w Tobie pasja i że traktujesz swoje cele poważnie.

 

Przypiąłem do mapy zdjęcia miejsc, które znalazłem w albumie na półce mojej mamy. Wybrałem te, które mnie zainteresowały. Na świecie istniały miejsca egzotyczne, pełne magii, jak Stonehenge, piramidy w Egipcie czy Machu Picchu w Peru, które przykuły moją uwagę. Wystarczyło, że powiesiłem mapę i przypiąłem do niej te zdjęcia. Każdej nocy przed pójściem do łóżka i każdego ranka, kiedy się budziłem, patrzyłem na fotografie i wyobrażałem sobie, że tam jestem. Za każdym razem, gdy spoglądałem na świat wiszący na mojej ścianie i myślałem o miejscach, które odwiedzę, ukierunkowywałem swoją podświadomość na przemianę marzeń w rzeczywistość.

Szesnaście lat później byłem w trakcie niesamowitej, 30-miesięcznej podróży dookoła świata. Zaczęła się na Wschodzie, skończyła na Zachodzie i wiodła przez ponad pięćdziesiąt krajów na czterech kontynentach.

Fragment pochodzi z książki „Przebudzenie w drodze” Filipa Ziółkowskiego.