Browsing Tag

Renata Myczka

inne

Może to wszystko samo przejdzie?

23 stycznia 2018

„Możemy się uleczyć z cierpienia, tylko przeżywając je do końca.” — Marcel Proust

„Do kryzysu możesz podejść na dwa sposoby: możesz z nim walczyć albo go zaakceptować. Ponieważ konfrontacja z bólem bywa bardzo trudna, ludzie zwykle wybierają pierwsze wyjście. Tu strategie bywają przeróżne: rzucają się w wir pracy, udają, że problemu nie ma, zagłuszają emocje, wypierają uczucia ze swojej świadomości, przeczekują, aż sprawy same się rozwiążą, zachowują się tak, jak gdyby nic się nie działo, korzystają z szybkich form poprawy samopoczucia typu alkohol, narkotyki, przypadkowy seks itp. Słowem: robią wszystko, by uciec od swojego cierpienia. Pomyśl teraz, proszę, jak to wygląda u Ciebie. Czy nie jest czasem tak, że i Ty robisz na co dzień bardzo wiele, by odrzucić swoją trudność? Czy nie angażujesz mnóstwa energii i czasu, by choć w minimalnym stopniu oddalić od siebie swoją udrękę? Pewnie tak jest, ja też niejednokrotnie przyłapuję się na tym, że próbuję uciec od własnego bólu. Tak bardzo go nie chcemy, tak bardzo go odpychamy, że paradoksalnie całą swoją uwagę właśnie jemu poświęcamy. Mówimy: „Odejdź” i wyrzucamy go przez drzwi, więc on zagląda przez okno. Zduszamy go w środku, więc on wydostaje się na zewnątrz. Krzyczymy: „Wynoś się z naszego życia”, więc on przychodzi cichaczem w postaci chorób i napięć ciała. Innymi słowy: im mocniej angażujemy nasze siły, by go ignorować, tym mocniej się on dobija. Stawiając bowiem walkę z nim w centrum naszej uwagi, sprawiamy, że jego natężenie zwyczajnie wzrasta.

Pisząc te słowa, Drogi Czytelniku, chcę, byś wiedział, że jest w tej całej rzeczywistości brutalna prawda: najlepszym sposobem, by poradzić sobie z cierpieniem, jest pozwolenie na jego przeżycie. Kiedy zatem wstaniesz kolejnego dnia, a ono zapuka do Twoich drzwi, zachowaj się inaczej niż zwykle. Przyjmij je jak gościa, zaproś do siebie, powiedz coś w rodzaju: „Cieszę się, że jesteś”, „Rozgość się”, „Jak długo próbowałeś się ze mną skontaktować?”, „Co masz mi do powiedzenia?”, „Jesteś w porządku” i… nasłuchuj. Bądź jednak w tym autentyczny, bo tylko taka postawa może przynieść zamierzony skutek. Wiesz już przecież, że ból Cię nie zabije i przez niego nie umrzesz, nic zatem nie tracisz, postępując w taki oto sposób. Co więcej, kiedy rzeczywiście otworzysz się na niego i wysłuchasz, co on ma Tobie do powiedzenia, będzie mógł wreszcie odpuścić i odejść. Nie stanie się to oczywiście od razu. Tyle razy zamykałeś mu drzwi przed nosem, odrzucałeś go od siebie, że prawdopodobnie będzie musiał powrócić kilkakrotnie, może nawet wiele razy, zanim zrozumiesz jego sens. Każde jego następne nadejście będzie jednak mniej intensywne od poprzedniego, aż wreszcie ból całkowicie zniknie z Twojego pola widzenia i odczuwania.

Wiem, że mierzenie się z kryzysem może być bardzo trudne. Tym bardziej, jeśli stosowałeś już strategię wypierania go czy odwracania od niego uwagi i otrzymywałeś w zamian nagrodę — krócej lub dłużej trwającą ulgę. Wybierając jednak takie rozwiązanie, sprawiasz jedynie, że cierpienie zapewne wróci, gdy tylko w Twoim życiu wydarzy się coś trudnego. Innymi słowy: Twoje bolączki zaognią się ponownie, a Ty będziesz na nowo przeżywał swoje problemy, niejednokrotnie ze zdwojoną siłą. To trochę tak jak z bólem zęba. Możesz wziąć tabletkę, która chwilowo uśmierzy nieprzyjemne odczucia, ale dopóki nie zajmiesz się jego wyleczeniem, będzie dawał o sobie znać coraz mocniej, aż wreszcie ból będzie tak doskwierający, że będziesz musiał po prostu się nim zająć. Powinieneś również wiedzieć, że tłumienie kryzysu sprawia, że nie tylko nie rozwiązujesz swoich problemów, ale zaczynasz stopniowo zauważać, jak negatywny wpływ mają one na Twoje życie. To właśnie przez nieprzepracowane emocje/wydarzenia podupada Twoje zdrowie, obniża się poczucie własnej wartości, a Ty powielasz wciąż te same błędy, wchodzisz w toksyczne relacje, odtwarzasz podobne schematy postępowania czy podejmujesz niekorzystne dla siebie decyzje. Słowem: kręcisz się w kółku nierozwiązanych spraw, niszczących emocji i poczucia sytuacji bez wyjścia.

OGRANICZAJĄCE PRZEKONANIA

Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie, ale ludzie bardzo często odrzucają bolesne przeżycia nie dlatego, że przeraża ich intensywność doświadczeń, ale przede wszystkim dlatego, że obawiają się, że bycie w stanie udręki po prostu nigdy się nie skończy. Gdyby jednak ktoś dał Ci gwarancję, tu i teraz, że Twoje cierpienie potrwa nie dłużej niż tydzień – dwa, a dzięki niemu wiele się nauczysz i zmienisz swoje życie na lepsze, wszedłbyś w to? Zapewne część z Was powiedziałaby „tak”, bo czym jest siedem dni, choćby w bólu, w porównaniu z resztą życia? Problem jednak w tym, że nikt nie może dać Ci takiej gwarancji, i to właśnie przerażająca myśl, że „Twoje cierpienie będzie trwać wiecznie”, paraliżuje Cię przed jego konstruktywnym wykorzystaniem.

Są jeszcze inne przekonania, które nie wspierają Cię w kryzysie i każą Ci go odrzucać. O większości z nich pisałam już na wcześniejszych kartach tej książki. Teraz spróbuję je jedynie podsumować. Spójrz zatem, proszę, na tabelę 9.1 i zobacz, które z nich nadal dotyczą Ciebie. Ich prawidłowe odpowiedniki znajdziesz po prawej stronie.

Kiedy pozbędziesz się resztek ograniczających przekonań i przestaniesz się buntować przeciw kryzysowi, będziesz w stanie go przyjąć i zauważyć, jaki potencjał on dla Ciebie niesie. Będziesz również gotów, by zmierzyć się z bolesną sytuacją i stopniowo poczuć się lepiej. Niechaj zatem kolejne rozdziały, szczególnie ten najbliższy (rozdział 10., „Jak sobie pomóc?”), będą dla Ciebie kluczem w znalezieniu dla siebie właściwej drogi.”

 

Tabela 9.1. Zbiór wspierających i ograniczających przekonań na temat kryzysu (opracowanie własne)

rys do art-fragment3

 

Fragment pochodzi z książki „Kryzys to nie koniec” Renaty Myczki.

inne

Ból nie do wytrzymania

16 stycznia 2018

„Bez bólu i cierpień nie istniejemy.” — Eurypides

„Kiedy jesteś w kryzysie, możesz chwilami odnosić nieodparte wrażenie, że ból, który aktualnie Cię dotyka, jest tak silny, że nie wytrzymasz, nie poradzisz sobie. Mówiąc o bólu, mam na myśli zarówno ten, który odnosi się do Twoich emocji (tzw. ból psychiczny), jak i ten, którego doświadczasz w ciele (tzw. ból fizyczny). Nie jest moją rolą oceniać, który z nich jest silniejszy w odczuwaniu, bo to bardzo subiektywne, indywidualne wrażenie, jednak chcę, byś wiedział, że jeden może wynikać z drugiego. Innymi słowy: ból psychiczny może być konsekwencją fizycznego urazu i na odwrót — emocjonalne silne pobudzenie może powodować zauważalne objawy w Twoim ciele.

Doświadczając przygniatających wewnętrznie sytuacji, możesz mieć poczucie istnienia w Tobie cierpienia, które jest tak silne, że przeszywa Cię od środka i obezwładnia całe Twoje ciało. W chwilach silnego napięcia możesz odczuwać ogromny niepokój, który nie tylko nie pozwala Tobie normalnie funkcjonować, ale dosłownie sprawia, że nie potrafisz usiedzieć w miejscu. Czasem lęk bywa aż tak dojmujący, że możesz mieć wrażenie, że tracisz kontakt z rzeczywistością lub że zwyczajnie zaraz zwariujesz. Konsekwencją odczuwania na wskroś przeszywającego lęku może być również podejmowanie przez Ciebie działań, których zapewne nie podjąłbyś, gdybyś był spokojny i myślał racjonalnie. Kiedy tak się dzieje, Twoi bliscy mogą nie tylko nie rozumieć Twojego zachowania, ale wręcz uważać je za nieodpowiednie, nieadekwatne do okoliczności czy nawet nienormalne. Co więcej, Ty sam możesz zdawać sobie sprawę, że poziom Twojej reakcji znacznie odbiega od Twojego „standardu funkcjonowania”, a jednak emocje mogą być na tyle silne, że przesłaniają logiczne rozumowanie.

Nie wiem, Drogi Czytelniku, w jaki sposób konkretnie Ty odczuwasz swój ból, ale osoby, z którymi rozmawiałam, bardzo często mówiły o wrażeniu duszenia się czy niemożliwości złapania oddechu. Kiedy napięcie w ciele było tak silne, że wydawało się rozrywać ich organizm od środka, ich reakcja bywała różna: część z nich krzyczała, waliła w ścianę, inni wili się z bólu, kiwali jednostajnie w przód i w tył czy zagryzali pięści, by choć trochę poradzić sobie z odczuwanym cierpieniem. Byli i tacy, którzy wspominali raczej o swego rodzaju paraliżu, odrętwieniu i niemożliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu. Pamiętaj, że to, jakie emocje i zachowania są Twoim udziałem, jest bardzo indywidualnym doświadczeniem.

Z życia wzięte
Kiedy Marta (33 lata) trafiła do szpitala w drugim miesiącu zagrożonej ciąży, nawet przez chwilę nie dopuszczała myśli o utracie dziecka. Starała się przecież o nie od ponad dwóch lat, a w jej postrzeganiu było ono wszystkim, czego pragnęła od życia. Diagnoza jednak okazała się jednoznaczna — ciąża rozwijała się nieprawidłowo i trzeba było wywołać poronienie w celu ratowania życia kobiety. Początkowo Marta wypierała bolesną wiadomość i zachowywała się tak, jak gdyby wszystko było w jak najlepszym porządku. Jeszcze kilka dni po zabiegu rozmawiała z maleństwem, głaskała się po brzuchu, śpiewała kołysanki. Kiedy jednak szczątki informacji stopniowo zaczęły przedostawać się do jej świadomości, w jej ciele pojawił się ból, który opisywała jako przeżycie nie do zniesienia. Przez wiele tygodni w zasadzie nie wstawała z łóżka. W dzień leżała „nieprzytomna”, a w nocy naprzemiennie płakała i krzyczała, zagryzając poduszkę tak, by nikt nie słyszał. Była bowiem przekonana, że nikt jej nie rozumie, że nie ma pojęcia, co ona czuje, a jej życie straciło sens.

BÓL ZA BÓL, CZYLI TROCHĘ O AUTOAGRESJI

Autoagresja jest formą odreagowywania wewnętrznego napięcia.

Jest ważna rzecz, o której muszę koniecznie wspomnieć w tym rozdziale. Otóż niejednokrotnie osoby doświadczające intensywnego bólu psychicznego zadają sobie ból fizyczny. Robią tak wówczas, kiedy nie znalazły innych strategii radzenia sobie z obezwładniającym wewnętrznym napięciem. Innymi słowy: celowo siebie krzywdzą, biją, przypalają skórę, wyrywają włosy z głowy, nacinają ciało, by zagłuszyć bądź rozładować nagromadzone emocje. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że części osób nawet się to chwilowo udaje. Dzieje się tak dlatego, że podczas zadawania ran organizm ludzki wydziela endorfiny, które pomagają uporać się z bólem. Jeśli właśnie Tobie zdarzyło się kiedykolwiek w ten sposób odreagowywać swoje cierpienie, wiedz, że kaleczenie własnego ciała nie pomoże Tobie wyjść z kryzysu. Co więcej, oprócz trudno gojących się ran, blizn na ciele i ryzyka poważnych powikłań zdrowotnych (łącznie z utratą życia) możesz doprowadzić do uzależnienia swojego organizmu od tej destrukcyjnej formy samopomocy (o tym, jak siebie wspierać w sposób konstruktywny, przeczytasz w rozdziale 10., „Jak sobie pomóc?”).

Kiedy decydujesz się na krzywdzenie samego siebie, nie znaczy to oczywiście, że jedynym powodem, dla którego to robisz, jest odreagowanie bólu. Może być tak, że chcesz zwrócić na siebie uwagę, zwiększyć poczucie kontroli i autonomii czy wreszcie ukarać się za realne lub wyimaginowane błędy, które być może popełniłeś. Jednym z przejawów kryzysu jest bowiem złość nie tylko na innych, ale równie często na siebie, i wynikające z tego ogromne poczucie winy. Niezależnie, co Tobą kieruje, jeśli podnosisz rękę na własne ciało, potrzebujesz pomocy specjalisty.

NIEŚWIADOME ZWIĘKSZANIE BÓLU

Kolejna istotna rzecz, o której często nie myślimy, a może zwyczajnie nie zdajemy sobie z niej sprawy, to niecelowe intensyfikowanie własnego bólu. Chodzi o sytuację, kiedy odczuwając wewnętrzne napięcie, jakąś dolegliwość czy nawet chorobę, skupiamy całą swoją uwagę na naszych bolączkach. Innymi słowy: kierujemy swój umysł w stronę odczuwanego cierpienia i natychmiastowej chęci pozbycia się go. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest spinanie wszystkich mięśni wokół miejsca bólu, co powoduje jeszcze większe napięcie i wzrost nieprzyjemnych doznań. A zatem im bardziej się martwimy, im bardziej przeżywamy, tym mocniej spinamy nasze ciało, co staje się doskonałą „pożywką” do pogłębienia problemu.

Dokładnie tak właśnie się dzieje, kiedy przykładowo odczuwasz ból kręgosłupa. Skupiając się na nim, sprawiasz, że mięśnie pleców napinają się do granic możliwości, a dyskomfort związany z Twoją dolegliwością narasta. Podobnie wygląda sprawa z naszymi emocjami, np. lękiem czy smutkiem. Kiedy angażujesz swoje myśli i poświęcasz im całą uwagę, one się kumulują i rozrastają. Rozwiązaniem nie jest zatem koncentracja na nich, ale otworzenie się na nie i rozluźnienie ciała, czemu sprzyja medytacja i relaksacja (więcej o tych formach oddziaływania znajdziesz w rozdziale 10., „Jak sobie pomóc?”). Nie zrozum mnie jednak źle. Nie chodzi o to, byś zaprzeczał istnieniu cierpienia w sobie, byś je na siłę odrzucał, wręcz przeciwnie: masz je przyjąć i zaprosić do siebie. Wtedy nie będzie musiało ono już walić „drzwiami i oknami”, a będzie mogło zwyczajnie odpuścić (więcej na ten temat przeczytasz w rozdziale 9., „Może to wszystko samo przejdzie?”).

Podsumowując moje rozważania, chcę zwrócić Twoją uwagę na pewną refleksję. Otóż doświadczając „wewnętrznej udręki”, jesteśmy często przekonani, że jest jakaś jej pewna granica, której nie zdołamy przejść. Bardzo często robimy zatem wszystko, by się do niej nie zbliżyć. Kiedy jednak ją przekroczymy, możemy być zdziwieni naszą wytrzymałością. Okazuje się bowiem, że nie tylko nie zwariowaliśmy, ale jesteśmy w stanie znieść dużo więcej, niż pierwotnie zakładaliśmy. Oznacza to dla Ciebie, że i Ty jesteś wystarczająco silny, by „przenieść swój krzyż” do końca, jeśli tylko w to uwierzysz i na to pozwolisz. Kiedy tak się stanie, po jakimś czasie odetchniesz z ulgą, a czując „nowy początek”, zrozumiesz prawdziwość stwierdzenia: „Wszystko kiedyś się wypala, kończy — nawet ból”.”

Fragment pochodzi z książki „Kryzys to nie koniec” Renaty Myczki.

inne

OD STRESU DO KRYZYSU

20 grudnia 2017

„Przyszedł wreszcie moment, by zastanowić się, czy przewlekły stres może prowadzić do wystąpienia kryzysu w Twoim życiu. Niestety, nie mam dla Ciebie dobrych wieści. Nieustanne funkcjonowanie w stanie niekorzystnego pobudzenia może prowadzić do pojawienia się kryzysu. Żebyś lepiej mógł zrozumieć, co mam na myśli, spójrz, proszę, na schemat poniżej (rysunek 2.3).

Od stresu do kryzysu  Rysunek 2.3. Zależność pomiędzy stresem a kryzysem (opracowanie własne)

Jak widzisz, na bodźce pojawiające się w Twoim życiu, tzw. stresory, możesz zareagować na dwa sposoby: adekwatnie lub nieadekwatnie. Innymi słowy: możesz sobie z nimi poradzić (o strategiach radzenia sobie ze stresem i kryzysem przeczytasz w rozdziale 10., „Jak sobie pomóc?”) i wówczas wrócisz do stanu równowagi, lub mogą Cię one przytłoczyć na tyle, że zwiększą siłę odczuwanego stresu i trwając odpowiednio długo, doprowadzą do pojawienia się stresu chronicznego. Kiedy ten już zagości w Twoim życiu, również masz do dyspozycji dwa wyjścia. Możesz w porę podjąć skuteczne środki zaradcze i powrócić do stanu równowagi lub sytuacja może Cię przerosnąć i popadniesz w stan kryzysu.

UWAGA Nie każdy kryzys jest poprzedzony stresem chronicznym. Bardzo wiele kryzysów, a nawet znaczna ich większość, jest konsekwencją wystąpienia nagłej sytuacji, która pojawia się w naszym życiu. Przykładowo: śmierć bliskiej osoby, wypadek samochodowy czy niespodziewane odejście małżonka może powodować wystąpienie u Ciebie objawów kryzysu. Więcej informacji o tym, w jaki sposób dzielimy kryzysy i do jakiej grupy można je przypisać, znajdziesz w rozdziale 4., „Rodzaje kryzysów”.

Z życia wzięte

Marcin (48 lat) mieszkał z żoną Darią (41 lat) i córką Hanią (16 lat), tworząc zgodne małżeństwo. Bywały oczywiście chwile trudniejsze, jak w każdej relacji, ale wydawało mu się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wyrażenie „wydawało mu się” ma tu kluczowe znaczenie, jako że któregoś dnia ni stąd, ni zowąd żona poinformowała go o tym, że odchodzi. Marcin nie mógł uwierzyć w to, co się działo. Sytuację pogarszał fakt, że Daria nie uargumentowała w żaden sposób swojej decyzji, tylko spakowała rzeczy i opuściła ich wspólny dom. Szok Marcina był tak duży, że mężczyzna przez wiele miesięcy zaprzeczał odejściu żony, próbując ją odzyskać. Niestety bezskutecznie. Codziennie zadręczał się i zadawał sobie pytania: „Co mogłem zrobić inaczej?”, „A gdyby to?”, „A gdyby tamto?”, obarczając się całkowitą winą za rozpad związku. Emocje, których doświadczał, były tak silne, że miał czasem wrażenie, że nie wytrzyma bólu, a objawy w ciele tak mocno doskwierające, że przestał normalnie funkcjonować, wycofał się z życia prywatnego i zawodowego. Początkowy kryzys z towarzyszącym mu ogromnym poczuciem winy, lęku, żalu i ciągłej nadziei, że Daria powróci, „rozlał” się na inne sfery życia Marcina, dręcząc go przez lata. Do mojego gabinetu trafił po trzech latach od zaistnienia traumatycznej dla niego sytuacji, jakby dopiero wówczas dając sobie szansę na powrót do normalnego życia.

Fragment pochodzi z książki „Kryzys to nie koniec” Renaty Myczki.