Browsing Category

inne

inne

Usuwanie nieporządku

14 września 2021

Zwalczenie „strachu przed utratą”

Jeżeli obawiasz się procesu pozbywania się zbędnych rzeczy, jak sobie poradzić z oczyszczaniem domu?

Istnieje kilka powiązanych uczuć i emocji odnośnie gromadzenia przedmiotów:

  • obawa, że kiedyś przedmiot może być potrzebny,
  • niechęć pozbycia się czegoś potencjalnie wartościowego,
  • brak chęci pozbycia się przedmiotów sentymentalnych, ze względu na więź emocjonalną czy wspomnienia.

Wszystkie te emocje są zazwyczaj bardzo silne i jeżeli nie dasz sobie z nimi rady, nie uda ci się skutecznie pozbyć tego, co w twoim życiu zbędne.

Oto kilka sposobów na to, jak sobie z nimi poradzić:

  • Jeżeli nie użyłeś danego przedmiotu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy — wyrzuć go. Wyjątkiem od tej zasady są przedmioty użytkowane sezonowo, jak ciuchy na zimę itp. W ich przypadku zwiększ „okres ochronny” do dwunastu miesięcy. Sprawa jest prosta: jeżeli czegoś nie używasz, jest to przedmiot zbędny. Cóż jednak, gdyby pojawiła się sytuacja, w której dany przedmiot byłby jednak przydatny? Raczej do tego nie dojdzie, ale nawet wtedy: wystarczy, że zastanowisz się, czy nie mógłbyś użyć czegoś innego, może pożyczyć ten przedmiot od znajomego, wypożyczyć lub — w najgorszym wypadku — kupić używany odpowiednik. Zazwyczaj możemy sobie w ten sposób poradzić, choć taki scenariusz i tak jest mało prawdopodobny — jako że nie potrzebowałeś danego przedmiotu przez pół roku. Jeżeli jednak będzie inaczej, to i tak nie jest to koniec świata.
  • Zrozum, że przechowywanie zbędnych rzeczy jest pewnego rodzaju marnotrawstwem. Niektórzy uważają, że marnotrawstwem jest pozbycie się tego, co może za jakiś czas być potrzebne i… mają w tym trochę racji. Nie zmienia to jednak faktu, że to przekonanie prowadzi do wykształcenia zwyczaju kumulowania niesamowitych ilości śmieci, rupieci, złomu i innych zbędnych rzeczy. Doskonale o tym wiem, ponieważ miałem okazję zobaczyć na własne oczy góry nieużywanych rzeczy,
    które „kiedyś mogą być potrzebne” — i nie był to fajny widok. Zamiast tego zdaj sobie sprawę z faktu, że o wiele większym marnotrawstwem jest gromadzenie rzeczy, z których się nie korzysta (rzec można, że niektórzy się nawet w takich rzeczach „zakochują”). Te przedmioty zajmują przecież przestrzeń, którą opłaca się każdego miesiąca w formie czynszu, hipoteki lub miejsca do magazynowania. Do tego marnują twój czas i zdrowie, powodując niepotrzebny stres, wymagając konserwacji, a także wzbudzając frustrację podczas ich przeszukiwania w celu znalezienia tej, w danej chwili potrzebnej, rzeczy. W końcu, gromadząc i przechowując użyteczne lub wartościowe przedmioty, z których nie korzystasz, w praktyce zapobiegasz ich wykorzystaniu przez kogoś, komu mogą one być faktycznie przydatne.
  • Zrób zdjęcie. Jeżeli przechowujesz jakiś przedmiot z powodów sentymentalnych, to najpewniej dzieje się tak, ponieważ wiążą się z nim jakieś wspomnienia, a nie dlatego, czym te rzeczy są lub do czego mogą zostać wykorzystane. Zrób zatem cyfrową fotografię, lub — jeżeli jest to obrazek lub dokument — zeskanuj na komputer. Wspomnienia nadal pozostaną, ale nie będą już zabierać fizycznej przestrzeni. Wypróbuj ten sposób choćby na kilku rzeczach, a przekonasz się, że obawom przed utratą przedmiotów sentymentalnych można w ten prosty sposób skutecznie zapobiec.
  • Kartonowe pudło z ƒƒ etykietą „być może”. Jeżeli nie możesz zebrać się na wyrzucenie zbędnego przedmiotu, wrzuć go do pudła, zapisz datę i schowaj karton do schowka, piwnicy lub wynieś na strych. Jeżeli po upływie pół roku ani razu nie będziesz potrzebował żadnej z rzeczy z tego pudła, to sygnał, że są one dla ciebie po prostu zbędne — bez względu na to, co mogłeś o nich myśleć — i lepiej je wyrzucić, rozdać lub sprzedać, niż przechowywać. To jest najlepszy test na przydatność rzeczy, które uważamy za „potencjalnie” użyteczne.

Jak zacząć?

Rozpoczęcie procesu oczyszczania zabałaganionego domu może być trudne, ponieważ na pierwszy rzut oka ta czynność będzie się wydawać przytłaczająca. Ważne jest zatem, aby zacząć od czegoś małego.

„Nie od razu Kraków zbudowano” — jak głosi przysłowie.

Fly Lady sugeruje zacząć od zlewozmywaka i ja się z tym zgadzam. Zmyj wszystkie naczynia i wyczyść zlewozmywak. Tę czynność możesz wykonać w dziesięć–piętnaście minut i zadziała na ciebie motywująco.

Od teraz zawsze utrzymuj zlew w czystości.

Następnie możesz iść dalej: oczyść blaty i szafki w kuchni, posprzątaj podłogę, pozbądź się zbędnych przedmiotów. Utrzymuj ten obszar w czystości przez kilka dni.

Potem przenieś swoje działania na kolejne pokoje — posprzątaj blaty stołów, podłogi, półki i szafy. Jedna powierzchnia naraz. Pamiętaj przy tym, żeby nadal utrzymywać kuchnię (zwłaszcza zlewozmywak) w czystości. Wszystko, co już posprzątałeś i oczyściłeś ze zbędnych rzeczy — utrzymuj w tym stanie.

Nie ma potrzeby, żeby robić to wszystko od razu. Możesz sprzątać po kawałku, dziesięć–piętnaście minut dziennie, lub więcej, gdy masz czas i ochotę. Jeżeli chcesz, możesz zaplanować jeden pełny weekend na sprzątanie, ale nie jest to konieczne, gdyż i tak z czasem osiągniesz cel.

System Oczyszczania

Oto prosty sposób na skuteczne oczyszczenie domu:

  1. Rozpocznij od płaskich powierzchni, zajmując się jedną naraz. Blat kredensu, stołu, kawałek podłogi, regał, dno szafy. Postaraj się skupić tylko na jednej półce lub jednej szufladzie w danym momencie.
  2. Zdejmij wszystko z powierzchni (lub wyjmij z półki w szafie, zdejmij z regału). Ułóż na jedną kupkę. To będzie twoje tymczasowe miejsce pracy.
  3. Weź jedną rzecz z kupki i podejmij szybką decyzję: czy używasz tej rzeczy regularnie i lubisz to robić? Używałeś jej w ciągu ubiegłych sześciu miesięcy? Jeżeli tak, odłóż ją na bok, na kupkę rzeczy, które zostają. Jeżeli nie, włóż ją do kartonu z rzeczami do rozdania lub wyrzuć do kosza. Możesz również ewentualnie włożyć przedmiot do pudła oznaczonego „być może”, jeżeli nie możesz się zdecydować (pisałem o tym nieco wcześniej).
  4. Powtórz punkt 3. z każdą rzeczą z kupki. Jedna rzecz naraz, podejmuj szybkie decyzje. Rób tak dopóty, dopóki nie skończysz. Nie ma co się zbytnio rozwodzić nad pojedynczymi rzeczami. Efektem pracy będą dwie kupki: to, co zostaje oraz to, co rozdasz (i ewentualnie pudło „być może”).
  5. Teraz wyczyść powierzchnię, z której wziąłeś rzeczy do posortowania. Następnie odłóż na nią to, co zdecydowałeś się zostawić. Staraj się nie upychać rzeczy — jeżeli coś się nie mieści, poszukaj innej lokalizacji dla tego przedmiotu.
  6. Karton z rzeczami do rozdania zapakuj do auta i jak najszybciej wywieź do organizacji, która się zajmie jego zawartością. Może to być kościół, może to być przytułek lub instytucja charytatywna — wybór należy do ciebie. Następnie wynieś śmieci, a pudło „być może” włóż do schowka lub wynieś na strych. Gotowe!

Powtórz ten proces dla pozostałych płaskich powierzchni i pojemników.

Fragment pochodzi z książki „Minimalizm” Leo Babauty.

inne, rozwój osobisty i osiąganie celów

Cztery trudności (w pisaniu)

2 marca 2020

Otwórz dowolną liczbę książek poświęconych pisarskim problemom — w dziewięciu przypadkach na dziesięć znajdziesz tam, zapewne już w pierwszym rozdziale, ponuro brzmiące ostrzeżenia, że być może wcale nie jesteś pisarzem, że prawdopodobnie brak Ci smaku, zdolności oceny, wyobraźni, i nie masz jakichkolwiek symptomów posiadania owych wyjątkowych zdolności, niezbędnych, by z aspiranta przerodzić się w artystę, albo chociaż w znośnego rzemieślnika.

Najprawdopodobniej dowiesz się, iż Twoje pragnienie pisania to tylko infantylny ekshibicjonizm, albo zostaniesz ostrzeżony, że tylko dlatego, iż Twoi przyjaciele uważają Cię za wielkiego pisarza (jakby kiedykolwiek uważali!), nie powinieneś oczekiwać, że cały świat zacznie tę pochlebną opinię podzielać. I tak dalej, w wyjątkowo męczący sposób.

Przyczyna tego pesymizmu na temat młodych pisarzy jest dla mnie niejasna. Książki napisane dla malarzy nie zakładają, że ich czytelnik nigdy nie zostanie niczym innym, jak tylko zadufanym w sobie pacykarzem, ani książki na temat inżynierii nie zaczynają się od ostrzeżeń, że z faktu, iż ktoś potrafił z dwóch gumek recepturek i zapałki zrobić pasikonika, nie wynika, że ma prawo się uważać za przyszłą dumę wybranej przez siebie profesji.

Może prawdą jest, że samooszukiwanie się najczęściej przybiera formę wiary w to, że umie się pisać. Nie mogę temu kategorycznie zaprzeczyć. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że nie ma innej dziedziny, w której ktoś mający szczery zamiar nauczyć się solidnej pracy, mógłby zrobić tak ogromne postępy w tak krótkim czasie.

(…)

Może jest tak, że tylko moje nadzwyczajne szczęście sprawiło, iż spotkałam więcej pisarzy, o których można to wszystko powiedzieć, niż zarozumiałych i durnych grafomanów. Jednak spotkałam także, i to jest smutne, pewną liczbę wrażliwych młodych ludzi, którzy niemal doszli do przekonania, że wcale nie są zdolni pisać — a to dlatego, że natknęli się na jedną z tych przeszkód w pisaniu, które wkrótce zamierzam przeanalizować. Czasem pragnienie pisania okazało się silniejsze od upokorzenia, którego musieli doświadczyć, ale inni wycofali się w życie pozbawione kreatywnego ujścia, nieszczęśliwi, sfrustrowani, rozczarowani i nerwowi.

Moje doświadczenie wskazuje na cztery pojawiające się raz po raz trudności. Ludzie proszą mnie o radę w tych sprawach znacznie częściej, niż zwracają się do mnie o pomoc w kwestii struktury opowiadania czy zarysowania postaci.

Podejrzewam, że każdy nauczyciel słyszy te same skargi, a jednak, rzadko samemu będąc praktykującym autorem, ma tendencję do zbywania ich, jako nienależących do jego dziedziny, albo do dostrzegania w nich dowodu, że taki dręczony wątpliwościami student nie ma prawdziwego powołania. A jednak to właśnie ci w najoczywistszy sposób utalentowani uczniowie najbardziej cierpią z powodu tych trudności, a im są z natury wrażliwsi, tym bardziej wydają się one dla nich niebezpieczne. Jakiś początkujący dziennikarz czy inne pióro do wynajęcia rzadko prosi o jakąkolwiek pomoc — on raczej poszukuje agentów i redaktorów, podczas gdy jego poważniejszy kolega po fachu cierpi potępieńcze tortury z powodu własnych braków. Mimo to kursy mające uczyć pisania są zazwyczaj kierowane do niezbyt ambitnego czeladnika literackiego rzemiosła, podczas gdy problemy artysty zostają zignorowane lub przeoczone.

Trudność pisania w ogóle

Po pierwsze istnieje trudność pisania W OGÓLE. Co zrobić, jeśli nie udaje się zapoczątkować tego pełnego, bogatego strumienia, niezbędnego, aby pisarz został wysłuchany i przebił się ze swoim przekazem? Durna konkluzja, że jeśli ktoś nie potrafi pisać bez wysiłku, to widać pomylił się co do swego powołania, to czysty nonsens. Istnieje tuzin możliwych powodów tej trudności i każdy z nich powinien zostać szczegółowo przedyskutowany, zanim nauczyciel będzie miał prawo powiedzieć, że nie widzi dla danego ucznia nadziei.

Może się zdarzyć, że przyczyną tej trudności jest młodość i nieśmiałość. Czasem to brak pewności siebie tamuje przypływ pomysłów. Często jest to wynik błędnego postrzegania pisarstwa albo też wynika to z przesadnych skrupułów: początkujący może czekać na boski ogień, którego płomień, jak słyszał, zawsze płonie wyraźnie i który może rozpalić tylko nieprzewidziana iskra z nieba. Należy tu podkreślić jedną ważną kwestię — otóż ta trudność POPRZEDZA wszelkie problemy związane ze strukturą narracji czy konstrukcją intrygi, jeśli zaś dany pisarz nie otrzyma tutaj pomocy, prawdopodobnie nie będzie w ogóle potrzebował żadnych technicznych instrukcji.

„Autor jednej książki”

Trudność druga: zdarza się, i to o wiele częściej, niż się może wydawać laikom, że jakiś pisarz odniósł wczesny sukces, ale nie potrafi go już powtórzyć. I znów, w sytuacji kiedy napotykamy na ów problem, pojawia się obłudne wytłumaczenie: otóż dany pisarz, jak nas zapewniają, jest „autorem jednej książki” — napisał fragment autobiografii, wyżalił się i wyrzucił z siebie negatywne emocje, które miał wobec rodziców i otoczenia, z którego pochodzi, teraz zaś, uwolniony od tego brzemienia, nie potrafi powtórzyć swego osiągnięcia. Jednak pisarz ten ewidentnie nie uważa siebie za autora jednej książki, bo inaczej byśmy już nic o nim nie słyszeli. Co więcej, wszelka fikcja literacka jest, w użytym tutaj sensie, autobiograficzna, a mimo to istnieją szczęśliwi autorzy, przekształcający, przestawiający i obiektywizujący elementy własnego doświadczenia w formę długiej serii zadowalających książek czy opowiadań. Nie, on ma rację, uważając nagły zanik swego talentu za niezdrowy objaw i słusznie, zazwyczaj uważa, że można mu pomóc.

Oczywistym jest, że jeśli ten pisarz odniósł zasłużony sukces, to już coś wie, zapewne nawet całkiem sporo, o technicznych aspektach swojej sztuki. Nie w tym tkwi jego problem i, poza jakimś szczęśliwym przypadkiem, żadna liczba porad czy instrukcji na tematy techniczne nie wyrwie go z impasu. Ma on, na swój sposób, więcej szczęścia niż początkujący, który nie potrafi się nauczyć płynnie pisać — bo przynajmniej dał dowód, że jest w stanie ustawiać słowa w robiącym wrażenie porządku. Jednak jego początkowa niecierpliwość wywołana niezdolnością powtórzenia swego sukcesu może przerodzić się w zniechęcenie, potem zaś w autentyczne zwątpienie i rozpacz, skutkiem czego możemy utracić znakomitego autora.

[well]

[dropcap background=”yes”]Brakuje Ci celu w życiu?[/dropcap]

 

Zdobądź ZA DARMO legendarnego ebooka Napoleona Hilla „Prawa Sukcesu” Superumysł oraz Określony Cel Główny.

Prawo Sukcesu

  • Wreszcie skupisz się na tym, czego naprawdę pragniesz.
  • Dowiesz się, na czym w rzeczywistości polega PLANOWANIE i jaką ma moc w realizacji Twoich celów.
  • Poznasz 4-stopniową formułę, która pozwoli Ci zająć się w życiu tym, co przynosi Ci najwięcej satysfakcji i zysków

[button url=”http://x.zlotemysli.pl/prawa-sukcesu-darmowy-ebook” style=”yellow darmebook”]Pobieram ebooka![/button]
[/well]

Pisarz okazjonalny

Trzecia trudność jest w pewnym sensie połączeniem dwóch pierwszych: istnieją pisarze potrafiący, tyle że ze zniechęcająco długimi przerwami, z sukcesem pisać doskonałe teksty. Miałam kiedyś uczennicę, której literacki dorobek ograniczał się do jednego świetnego opowiadania raz do roku — stanowczo zbyt mało, by mogło to zadowolić duszę czy ciało. Te bezpłodne okresy były dla niej torturą, świat, do czasu gdy znów mogła pisać, zdawał się jałową pustynią. Za każdym razem, gdy odkrywała, że nie potrafi pracować, była pewna, że już nigdy nie powtórzy swego sukcesu. Co więcej, przy naszym pierwszym spotkaniu niemal mnie samą o tym przekonała. Kiedy jednak cały cykl dobiegał końca i zataczał się krąg, znowu pisała i pisała dobrze.

Tutaj także żadne techniczne instrukcje nie są w stanie dotknąć istoty problemu. Ci, którzy cierpią na te „zaniki sił twórczych”, kiedy to nie pojawia się żadna idea, kiedy nawet jedno zdanie nie ujawnia się uporczywie na powierzchni umysłu, mogą pisać jak skończeni artyści i rzemieślnicy, kiedy tylko uda im się zdjąć urok. Mający udzielić pomocy nauczyciel musi poznać przyczynę tego problemu i w zależności od niej poradzić i pomóc znaleźć rozwiązanie. Być może stanowi ją jakiś rodzaj oczekiwania na iskrę natchnienia. Często trudność ta wynika z posiadania przez adepta sztuki pisarskiej takich ideałów doskonałości, których po prostu nie da się pogodzić z rzeczywistością. Czasem, choć rzadko, działa tu swego rodzaju drażliwa próżność, niegodząca się z żadnym ryzykiem odrzucenia i niepozwalająca na przedsięwzięcie czegokolwiek, co by z góry nie miało zapewnionego uznania.

Pisarz nierówny

Czwartą trudnością, która faktycznie ma także swój techniczny aspekt, jest niezdolność doprowadzenia historii, żywej, choć nie do końca umiejętnie uchwyconej, do udanego zakończenia. Pisarze cierpiący na tę przypadłość często potrafią w interesujący sposób rozpocząć opowieść, jednak po kilku stronach tracą nad nią kontrolę. Bywa też, że piszą dobrą historię w tak suchy i lakoniczny sposób, że traci ona przez to wszelkie swe zalety. Czasem zaś nie potrafią należycie umotywować swej centralnej fabuły, w wyniku czego nie przekonuje ona czytelnika.

Prawdą jest, iż Ci, którzy borykają się z tym właśnie problemem, wiele mogą skorzystać, jeśli nauczą się czegoś o strukturze, o różnych formach, jakie może przybrać fabuła, a także tych rozmaitych niedostrzegalnych „zawodowych tricków”, które pomagają przeprowadzić historię przez potencjalnie trudne miejsca. Jednak i tutaj prawdziwa trudność rozpoczęła się na długo zanim pojawiła się kwestia FORMY.

Autor nie ma dość wiary w siebie, niezbędnej do właściwego przedstawienia swojej idei, albo też jest zbyt niedoświadczony, by wiedzieć, jak jego postacie zachowywałyby się w prawdziwym życiu, albo też jest zbyt nieśmiały, by pisać z takim przekonaniem i tak emocjonalnie, jak to konieczne, by jego historia nabrała życia.

Pisarz raz za razem wypuszczający słabe, pełne wyczuwalnego zażenowania albo też powierzchownie opowiedziane historie, z pewnością potrzebuje czegoś więcej niż tylko krytycznej analizy swych poszczególnych utworów. Musi jak najszybciej nauczyć się ufać własnym uczuciom na temat opowiadanej historii, nauczyć się ją opowiadać w sposób zrelaksowany, aż do momentu, gdy nabierze pewności pióra kogoś, kto w pełni opanował swe medium. Tak więc nawet ten dylemat koniec końców sprowadza się do problemów leżących w osobowości pisarza, nie zaś w jego warsztacie.

Problemy nie leżą w warsztacie pisarskim

Takie są cztery problemy, które najczęściej napotykałam u ludzi rozpoczynających pisarskie życie. Niemal każdy spośród tych, którzy kupują książki poświęcone pisaniu fikcji literackiej albo uczestniczą w kursach pisania opowiadań, cierpi na któryś z powyższych, i zanim je przezwycięży, niewiele mu dadzą wszelkie techniczne szkolenia, które będą dla niego tak cenne później. Czasem zdarza się, że atmosfera klasy pobudza pisarza na tyle, że podczas trwania kursu potrafi tworzyć swe historie, jednak przestaje natychmiast, kiedy ów bodziec znika. Zadziwiająco duża część tych, którzy naprawdę chcą pisać, nie potrafi zrealizować nawet zadanych tematów, a mimo to wciąż pojawia się, z nadzieją, nieraz co roku.

Oczywistym jest, że poszukują pomocy, której nikt im nie udziela, a także to, iż traktują sprawę bardzo serio — gotowi poświęcać tyle czasu, wysiłku i pieniędzy, ile mogą, aby po wyjściu z klasy początkujących i „pragnących”, zająć miejsce pomiędzy twórczymi artystami.

"Będę pisarzem"Jeśli te trudności są właśnie takie, musimy starać się im zaradzić tam, gdzie powstają — w życiu, w nastawieniach i w nawykach, w samej osobowości twórcy. Kiedy zaczniesz rozumieć, co to znaczy być pisarzem, kiedy dowiesz się, jak artysta funkcjonuje i także zaczniesz postępować w ten sam sposób; gdy zorganizujesz swoje sprawy i swoje stosunki tak, żeby Ci pomagały, zamiast stanowić przeszkodę na drodze do wybranego przez Ciebie celu, wówczas tamte książki na Twoich półkach, te o technice pisania literackiej fikcji albo te inne, przedstawiające modele stylu prozy czy konstrukcji fabuły do naśladowania, będą
w Twych oczach wyglądały całkiem inaczej i staną się zdecydowanie bardziej pomocne. Ta książka nie ma na celu zastąpienia tamtych książek o pisarskim rzemiośle. Istnieją pewne podręczniki tak cenne, że żaden pisarz nie powinien się bez nich obywać. Moja książka nie jest nawet uzupełnieniem dla takich prac, jest natomiast do nich pewnym wstępem. Jeśli jej się uda, nauczy początkującego nie jak pisać, ale jak być pisarzem, a to coś całkiem innego.

———–
(1) Autorka pisze tu o literaturze angielskiej, ponieważ w języku angielskim sama pisała i jest to język oryginału tej książki. Dla większości czytelników polskiej jej wersji literatura ta będzie zapewne polska. Niby sprawa oczywista, ale to właśnie przykład takiego miejsca, kiedy każde tłumaczenie staje się w jakiś sposób „zdradą” — jak to ujmuje znane włoskie powiedzonko: traduttore traditore [przyp. tłum.].
———

Fragment pochodzi z książki „Będę pisarzem”, której autorką jest Dorothea Brande.

Choć Dorothea Brande napisała swój poradnik w 1934 roku, nadal jest on zadziwiająco aktualny. Dlaczego? Ponieważ do tego czasu ani na jotę nie zmieniły się prawdziwe problemy pisarzy – zarówno początkujących, jak i tych bardziej doświadczonych.

Autorka – sama przecież będąc pisarką i mając wielu znajomych pisarzy – doskonale zdawała sobie sprawę, że najpoważniejsze problemy, jakie możesz spotkać na swojej drodze, wcale nie będą dotyczyły trudności językowych, umiejętności opowiadania i konstruowania wątków czy jakiejkolwiek innej technicznej drobnostki. Zdecydowana większość przyczyn, dla których „wydaje Ci się”, że nie potrafisz, nie umiesz lub nie jesteś w stanie napisać książki, leży w Twoim umyśle.

Kim była Dorothea?

Dorothea Brande to nazwisko, które wzbudza podziw i szacunek nie tylko wśród początkujących pisarzy na całym świecie, którzy korzystają z jej rad. „Będę pisarzem” to jej drugi światowy bestseller. Pierwszym jest „Obudź się i zacznij żyć”, który napisała w 1936 roku. Od tego czasu sprzedało się ponad 2 mln egzemplarzy tej niesamowitej książki, której tytuł mówi sam za siebie. Doczekała się ona również wersji musicalowej, nakręconej przez wytwórnię Twentieth Century Fox.

Brande dała się poznać czytelnikom zarówno jako pisarka, jak i felietonistka prestiżowego American Review. Gdy stała się sławna, za cel obrała propagowanie swojego życiowego motta, które brzmiało: „Działaj tak, jakby porażka nie istniała!”.

inne

Sprawdzone sposoby na wolny czas zimą

19 grudnia 2018

Kiedy na zewnątrz temperatura spada poniżej zera, jest ciemno i ponuro, nie zachęca to do długich spacerów oraz spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu.

Często wolimy zostać pod kocem, z gorącą herbatą w ręku. Bezcelowe „skakanie” po kanałach telewizyjnych nie jest najlepszym pomysłem na wieczór, dlatego przygotowaliśmy dla Ciebie kilka sposobów na ciekawy, zimowy wieczór.

1. Czytajmy!

Są osoby, które uwielbiają zapach książki i musza czuć ją w rękach.  Dla tych bardziej wygodnych i lubiących nowocześniejszą formę polecamy inne rozwiązanie. W trasie, na wakacjach czy feriach zdecydowanie bardziej sprawdzają się jednak ebooki. Nie zajmują miejsca na domowej półce, można je czytać na laptopie, smartfonie lub na czytniku ebooków. Jednym słowem, nie trzeba wozić ze sobą ciężkiej makulatury, która ogranicza wolną przestrzeń do wykorzystania w walizce lub torebce. Ebook to zdecydowanie najlepsza forma czytania książek z każdego miejsca na ziemi.

2. Maratony filmowe

Filmy to kolejny sposób na wieczorny relaks. Zamiast wychodzić do kina, możemy spędzić ten czas w zaciszu domowego ogniska. Wtedy wybieramy swoja ulubioną ekranizację lub próbujemy polecanej ostatnio nowości – wybór należy do nas, nie jesteśmy uzależnieni od kinowych propozycji.

3. Wspólne gry i zabawy

Planszówki, gry karciane lub quizy – nie ma nic lepszego na wieczorną rozrywkę. Gwarantujemy, że będzie dużo śmiechu. Nie musisz mieć dzieci, by poczuć się jak one. Zaproś znajomych, rodzinę i bawcie się wspólnie. To na pewno zbliży Was do siebie i sprawi, iż będziecie chętniej spędzać ze sobą czas. A przecież o to właśnie chodzi, by bliscy sobie ludzie jeszcze lepiej czuli się w swoim towarzystwie i miło wspominali wspólne chwile.

4. Białe szaleństwo

Nie zawsze pogoda za oknem jest nie do zniesienia. Kiedy świeci słońce, temperatura robi się przyjemna, można skorzystać z uroków, jakie daje zima. Jeśli nie wiesz, w jaki sposób wyciągnąć sprzed komputera swoje dzieci, pamiętaj, że sanki, łyżwy czy weekendowy wypad na narty odciągnie ich od ekranów monitorów i smartfonów. Frajda, jaką im sprawisz spowoduje, że chętniej będziecie wspólnie spędzać czas w ten sposób. To także okazja dla Ciebie, by poruszać się na świeżym powietrzu.

5. Wieczór kulinarny

Kto z nas nie lubi dobrze zjeść? Zamiast iść do restauracji i zamówić wykwintne danie za krocie, zdecydowanie większą satysfakcje sprawia zrobienie kolacji samemu. Zaproś partnera, dzieci lub znajomych do wspólnego gotowania. Powygłupiajcie się, pośmiejcie, a na koniec usiądźcie razem do stołu. Wieczór minie w mgnieniu oka.

6. Słuchanie audiobooków

Format mp3 jest o tyle ciekawy, że możesz go słuchać wszędzie, bez względu na okoliczności. Czekasz w kolejce do lekarza? Możesz uruchomić smartfona, włożyć słuchawki do uszu i czas od razu lepiej oraz szybciej płynie. Inne zastosowania? Oczywiście możesz puścić audiobook w samochodzie, w czasie spaceru, na siłowni, a nawet w trakcie jazdy na nartach – oczywiście niezbyt głośno, by nie doprowadzić do kolizji. Jeśli nie masz czasu na rozwój osobisty, właśnie w takich momentach możesz poszerzać swoje horyzonty. Wystarczy, że tę chwilę sobie dobrze zorganizujesz.

7. Poćwicz w domu

Teraz argument, że karnet na siłownie jest za drogi możesz wrzucić między bajki. Skoro masz trochę czasu dla siebie, rozłóż matę, włącz na YouTube ćwiczenia ogólnorozwojowe lub na konkretną partię mięśni i zacznij ćwiczyć. 15 minut dziennie sprawi, że Twoje mięśnie nie zamarzną przez zimę jak szyby w samochodzie.

Autor: Paulina Wolska

Szukasz ciekawych ebooków lub audiobooków na zimowe wieczory?

Zerknij tutaj:

EBOOKI                     AUDIOBOOKI MP3

 

inne, rozwój osobisty i osiąganie celów

Problemy niezależnych autorów w Polsce

4 października 2018

Od lat w Polsce mówi się o self-publishingu oraz niezależnych pisarzach częściej i głośniej. To zrozumiałe, czerpiemy wzorce zza oceanu. Tam self-publishing staje się coraz popularniejszy. Nie do końca jeszcze jest jasne, czy ten trend się utrzyma, ponieważ wielu uważa, że szczyt swojej popularności self-publishing ma już za sobą. Pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem wsadzam kij w mrowisko i mówię: uważam, że największym problemem samopublikującego autora jest on sam. I już wyjaśniam dlaczego. Dla wielu, zaskakująco wielu odbiorców w Polsce termin „self-publishing” jest tożsamy z grafomanią. Niestety, sporo w tym racji. Kto jest grafomanem, a kto nie, to nie moja rzecz. Zajmował się tym nie będę. Wszak dla jednych jestem samodzielnym autorem, a dla innych klasycznym przykładem grafomana. Nieważne, jak mówią, byle nie przekręcali nazwiska. Czy to prawda? Nie, to mit marketingu, taki sam jak twierdzenie, że self-publishing jest tak samo dobry jak tradycyjne wydawanie. Nie jest. Self-publishing to przede wszystkim ścieżka wydawnicza dla utworów, które nie zostały przyjęte do publikacji w tradycyjnej drodze wydawniczej. W przytłaczającej większości tą drogą do czytelnika trafiają utwory, które zostały odrzucone. Odrzucone, czyli gorsze. Z założenia takie utwory będą kojarzyć się pejoratywnie. Co więcej, to nie tylko stereotyp. W miażdżącej przewadze utwory wydawane przez autorów niezależnych zasłużyły sobie na to, ponieważ self-publishing trapi kilka bardzo poważnych chorób, a niezależni autorzy napotykają w Polsce istotne problemy.

Pisarstwo jest aktem tworzenia. Ów akt związany jest z umiejętnościami. Stawiam tezę, że jednym z najważniejszych problemów większości self-publisherów jest brak umiejętności, chociaż mamy także autorów, którzy radzą sobie dobrze. Cieszę się, że czytasz tę książkę, bo to prawdopodobnie oznacza, że jesteś świadomy tego, czym się zajmujesz, i chcesz się w tym doskonalić. Ale zapewniam Cię, że nie każdy autor niezależny przeczyta moją książkę. W Polsce obecnie jest przeszło 1000 autorów, którzy wydali już swój utwór samodzielnie. Drugie tyle zastanawia się nad wydaniem i z pewnością to zrobi, nie mając pojęcia, że jakość buduje, dziadostwo rujnuje. Zdecydują się przedwcześnie na debiut, bez redakcji, bez korekty, bez przemyślenia tematu i fabuły. W ten sposób już na starcie zniszczą swoje nazwisko, tak jak ja zrobiłem to z etykietą Aleksander Sowa. Oczywiście niektóre utwory, nawet jeśli zostaną poprawione pod kątem gramatycznym, ortograficznym i interpunkcyjnym, nadal nie będą nadawać się do zaprezentowania czytelnikowi i pomóc może tylko jedno — wstrzymanie się od publikowania, a potem napisanie od nowa.

Typowe, że wielu początkujących self-publisherów za wszelką cenę dąży do oryginalności, nie decydując się jednocześnie na profesjonalną redakcję. I tak do odbiorcy trafiają teksty naszpikowane niezrozumiałymi metaforami, często przy tym nietrafionymi. Takie prace zawierają za dużo akapitów, dziwacznych porównań, powszechną praktyką jest też nadużywanie wielokropka oraz pytajnika. W zamierzeniu twórców utwór ma zyskać aurę tajemniczości, a stawianie trudnych, psychologicznych pytań powinno podnieść artystyczną wartość utworu. Ale tak się właśnie tworzy dzieło, które nie przyniesie autorowi niczego dobrego, czyli gniot. Dlatego po raz kolejny podkreślę konieczność redakcji: fachowiec powykreśla bzdury, a z tego, co zostanie, być może uda się uzyskać coś, co będzie się nadawać do opublikowania. Wielu zaraz się zjeży. Przecież Hans Christian Andersen był dyslektykiem, a podobno — jak podaje autorka książki Portrety nie tylko sławnych osób z dysleksją — także Adam Mickiewicz, Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Julian Tuwim oraz Stefan Żeromski. Ten ostatni powtarzał trzy klasy, a Émile Zola dwukrotnie nie zdał matury. Ze współczesnych twórców dyslektykiem jest też Andrzej Pilipiuk i jak sam mówi: „sadzę nieprawdopodobną ilość literówek i nie jestem w stanie zgrać palców przy pisaniu na klawiaturze — piszę tylko dwoma”. Tyle że to nie tłumaczy publikowania tekstów najeżonych błędami. A niska jakość redakcji i brak korekty to niestety poważny problem naszego self-publishingu.

Wydawca i redaktor dla niezależnego autora nie powinni być (nie)przyjacielami z podwórka. Wytrzeszczasz oczy? Specjalnie napisałem coś dziwacznego, żeby zwrócić Ci uwagę na to, że tekst musi być przede wszystkim dopracowany na poziomie językowym, aby można go było przekazać odbiorcy. Oryginalność jest pożądana, ale z zachowaniem elementarnych zasad jakościowych. Profesjonalną pomoc może dostarczyć tylko profesjonalista, ale nie kumpel. Tak być powinno, lecz nie jest. A skutek jest łatwy do przewidzenia: zdecydowana większość tego, co możemy przeczytać jako utwory z nurtu self-publishingu (nie tylko krajowego!), to gnioty. Nie chodzi o to, że są one wtórne i nudne. Po pierwsze, zawierają błędy, po drugie, są słabe, a po trzecie, prezentowane w nieestetycznych okładkach. Autora profesjonalnego od niezależnego odróżnia m.in. obecność wydawcy. A wydawca oznacza fachowców. Redaktor, zanim dopuści tekst do druku, doprowadzi go do poziomu drukowalności. Korektor poprawi literówki. Spec od reklamy napisze tekst promocyjny, a grafik zrobi okładkę. Self-publisher próbuje to wszystko (z)robić sam. Nie dość, że redaguje, zajmuje się korektą oraz marketingiem, to jeszcze wciela się w rolę grafika.

Nie ma wątpliwości, że autorzy niektórych dzieł są kompletnie pozbawieni nie tylko smaku, gustu, ale także dystansu. Tacy autorzy robią zjawisku czarny PR. Przecież odbiorca, widząc amatorszczyznę, nie może wyrobić sobie dobrego zdania o zjawisku publikowania bez udziału wydawcy. Biję się w piersi, sam popełniałem błędy, ale właśnie dlatego o tym piszę i jestem na tym punkcie przewrażliwiony jak mało kto. Błędy są moje, ale nie muszą być powtarzane.

Tradycyjni autorzy, oprócz tego, o czym pisałem powyżej, mają zazwyczaj zapewnioną także promocję — choćby szczątkową. Ich książki trafiają do blogerów, krytyków albo do prasy. Organizuje się im spotkania autorskie, a niekiedy nawet zapewnia płatną reklamę. Okładkę robi grafik, a fachowiec od reklamy przygotowuje teksty promocyjne. Tymczasem autor samodzielny jest pozostawiony sam sobie. Oczywiście pisarz indie także może podejmować działania promocyjne, nawet powinien, niemniej ze względu na skalę nigdy nie będą one mieć takiej siły przebicia jak prowadzone przez dział marketingu oraz public relations profesjonalnego wydawnictwa. I nade wszystko nie będą tak profesjonalne jak te zrobione przez zawodowców. To jeden z argumentów, dla których tradycyjne podejście do wydawania jest lepsze. I dlatego największym problemem self-publishera jest on sam.

To, czy mnie, jako czytelnikowi, książka się podoba czy też nie, jest subiektywną oceną. Książka dobra, książka zła, tralala. Mam do niej prawo. Jako autor wychodzę z założenia, że wcześniej lub później czytelnicy i tak ocenią moją twórczość. Problemem samodzielnie publikującego autora jest to, że nie dopuszcza faktu istnienia krytyki, a krytyka nie dostrzega istnienia self-publishingu. To jasne, że przecież nie każdemu musi się podobać ta sama książka, niemniej jeśli 90 ocen na 100 mówi, że jest beznadziejna, trzeba z tego wyciągnąć wnioski. Książka zła to książka, którą źle oceniają czytelnicy niezależnie od tego, jak bardzo zachwycają się nią autor, wydawcy, redaktorzy, krytycy czy dziennikarze. Niestety, te cztery ostatnie grupy zdają się nie dostrzegać książek niezależnych twórców. I nawet jeśli na 100 nieprofesjonalnych recenzji czytelniczych 90 jest pozytywnych, to jeśli dotyczą utworu self-publishera, automatycznie są uznawane za niemiarodajne.

W tym miejscu warto przytoczyć wynik zaskakującego raportu Hugh Howeya. Interesujące, ale w USA książki self-publisherów otrzymują wyższe oceny niż te wydane przez wielkich wydawców. Interpretować to można oczywiście różnie, ale wygląda na to, że wskaźnik satysfakcji może być skorelowany z ceną. A publikacje niezależnych twórców są zazwyczaj dużo tańsze. Co ciekawe, opinie z krajowego podwórka zdają się w wielu wypadkach tę teorię potwierdzać. Pojawia się pytanie: dlaczego tak jest, skoro obiegowa opinia o self-publishingu mówi, że to narzędzie grafomanów? Czyżby czytelnicy lepiej oceniali złe niż dobre książki? Niewątpliwie więc jednym z problemów self-publishingu w Polsce jest nieznajomość zjawiska przez ogół.

Poważnym problemem polskiego self-publishingu jest również jego skala. A właściwie brak skali. Dla przykładu katalog platformy Virtualo w marcu 2015 r. liczył 1174 pozycje e-bookowe opisane tagiem „self-publishing”. Stanowiło to zaledwie 3% całego katalogu tej platformy. Czyli self-publishing u nas to owszem, underground, ale wcale nie na skalę quasi-przemysłową. Innymi słowy: to bardzo głęboka nisza, coś, co nie ma większego znaczenia. Tymczasem na listach bestsellerów Amazona już kilka lat temu aż 35% tytułów stanowiły utwory opublikowane bez udziału wydawnictwa (Indie Published)! Nie mniej istotne, że kolejne 18% to pozycje również opublikowane poza tradycyjnym obiegiem wydawniczym (Uncategorized Single-Author Publisher). Jeśli ktoś zarzuci mi, że wciąż odwołuję się do sytuacji w USA, odpowiem natychmiast: uwierzcie mi — to dobry punkt odniesienia. W USA wartość rynku książki wynosi w przeliczeniu ok. 115 mld zł, z czego 27% to e-booki. U nas 3% udziału w rynku książki to wartość ok. 40 mln zł (sic!). To nam daje proste wyliczenie: udział utworów niezależnych autorów w rynku polskiej książki to nie więcej niż 0,02 – 0,03% i ma wartość ok. 400 tys. zł. Zaledwie tyle w tej chwili jest warty polski self-publishing.

W lutym 2015 r. Piotr Drozd na swoim blogu pisał, że „Kindle Store ma wreszcie kategorię z książkami po polsku”, trzy lata wcześniej pisano: „Jutro Amazon z Kindle Store wchodzi do Polski”, tymczasem Amazon od kilkunastu miesięcy sukcesywnie i z uporem maniaka blokuje moje e-booki po polsku. Powód jest rzecz jasna taki sam — nieobsługiwany język. Tak jak pewne jest, że polski rynek książki obawia się amerykańskiego giganta, tak wiadomo, że polski Amazon wiele zmieni. Amazon ma ogromy wpływ na branżę. Gdyby nie plotki z 2012 r., że Amazon wchodzi z Kindle Store do Polski, pewnie do dziś w naszych księgarniach królowałyby PDF-y, a e-booki w formacie EPUB stanowiłby… 10% oferty. Brak zgodnej z regulaminem możliwości publikowania w języku polskim w KDP Amazona jest bardzo poważnym problemem krajowego niezależnego pisarstwa. Śmiem twierdzić, że póki to się nie zmieni, self-publishing będzie się u nas rozwijał w ślimaczym tempie. A na razie Amazon język polski i 39 – 48 mln Polaków ma w głębokim poważaniu. Sprzedaż moich e-booków przez krajową sieć dystrybucyjną jest 10 – 12 razy niższa niż w Kindle Store. Inicjatywa serwisu Wydaje.pl nie spełniła zakładanych oczekiwań i jak wiemy, zakończyła działalność. Serwis RW2010 z liczbą ok. 1250 utworów nie ma szans na osiągnięcie czegokolwiek na rynku. Jedyną sensowną alternatywą dla krajowego niezależnego autora było Virtualo.pl, ale właściwie tylko na polu dystrybucji. W chwili pisania tej książki Virtualo zostało przejęte przez innego wydawcę, więc los tej platformy oraz kilkuset selfów rysuje się niezbyt pewnie. Księgarnia Nexto.pl nie jest szczególnie przyjazna self-publishingowi, a pozostałe inicjatywy pominę, bo to margines. Na razie niezależny autor w Polsce jest pozostawiony sam sobie.

Tymczasem stereotypy budują siłę rynku. Niszowość self-publishingu czyni zeń zjawisko mało znane. Wspominałem już, że większość błędnie utożsamia je z grafomanią. Wielu nie ma pojęcia o różnicach pomiędzy vanity a własnym sumptem. Podkreślana niska jakość większości dzieł pozamainstreamowych pisarzy rodzi kolejny stereotyp: jakoby wszystkie utwory wszystkich niezależnych twórców były słabe. Niemal każdy natychmiast przedstawia argument: skoro jest taki dobry, dlaczego nikt nie chciał go wydać? To potwierdza, że w stereotypowym myśleniu jedynie słuszną metodą publikacji jest wydanie książki przez wielkie i prestiżowe wydawnictwo. To myślenie podtrzymują środowiska wydawnicze mające w tym swój oczywisty interes. Z drugiej strony, wiele w tym racji: niewątpliwie to najprostsza i najmniej wymagająca od autora droga do pisarstwa. Sukcesem self-publishera ma być samo już wydanie utworu w „wielkim i prestiżowym wydawnictwie”. Tymczasem z uwagi na kwestie finansowe nie jest to takie oczywiste. Barry Eisler zdaje się to udowadniać. Ten autor (m.in. Zabójcy z Tokio) publikował „u wydawców” od 2002 r., by w 2012 r. odrzucić pokaźną zaliczkę i zdecydować się na self-publishing… w Amazonie. Przykład Eislera nie jest odosobniony. Tak samo było w przypadku Hugh Howeya. Dlaczego? Ponieważ to może być bardziej opłacalne. Jak wcześniej udowadniałem, przy większych nakładach self-publishing jest dużo bardziej korzystny finansowo od innych form wydania. U nas 97 – 98% całego rynku książki stanowi edycja papierowa. Pozostała cyfrowa część (w 2014 r.) stanowiła ok. 35 tys. tytułów, przy czym po odjęciu klasyki zostaje nie więcej niż 20 tys. Dla porównania: księgozbiór średniej biblioteki gminnej to ok. 15 tys. tytułów, natomiast amerykańska oferta cyfrowa Amazon.com to sporo ponad… 1,5 mln tytułów! Ktoś powie — owszem, ale w tej liczbie mamy utwory w różnych językach. Zgadza się, co nie zmienia faktu, że jest to ponad 75 razy większy katalog niż w Polsce. Liczą się najsilniejsi, a problemem polskiego self-publishingu jest jego słabość.

Nie mamy również znaczących sukcesów. A precyzyjnie: uznanych społecznie sukcesów. Mówiąc o success story w self-publishingu, myślimy o USA. Yes, american dream and world success story. I tutaj owszem, pojawiają się nazwiska. Mamy przecież wywoływany do tablicy przy każdej okazji przykład Amandy Hocking. Niektórzy być może zdają sobie sprawę jeszcze z faktu, że niejaki John Locke był pierwszym samopublikującym autorem na świecie, który sprzedał ponad milion e-booków w ciągu pięciu miesięcy. Lecz czy pozostałe nazwiska są w Polsce znane? Zapytam: kim jest wspominany Hugh C. Howey? Kim jest Cory Doctorow? Może część z Was przypomni sobie, że pierwszy to autor wydanych w Polsce powieści Silos czy Zmiana, a drugi napisał Małego Brata? Ale kto z Was wie, że autor rozpowszechniał tę powieść za darmo na licencji Creative Commons? A Metro 2033 Głuchowskiego? Nawet niektórzy czytelnicy tych powieści nie wiedzą, jaka była droga tych tytułów do ich rąk.

Czyli self-publishing to nie tylko USA? Ano nie tylko — zaraz na zachód za miedzą (przepraszam: za rzeką) mamy autorkę o pseudonimie Poppy J. Anderson. Biorąc pod uwagę, że niemiecki rynek e-booków jest mniejszy niż amerykański (lub choćby brytyjski), Anderson, sprzedając milion swoich samodzielnie wydanych e-booków, osiągnęła imponujący wynik. Zresztą lista nazwisk niezależnych autorów, którzy osiągnęli sukces, jest bardzo długa. Pisałem o tym w rozdziałach „Self-publishing success story” oraz „Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”.

U nas jak zwykle po staremu wciąż powtarzany jest stereotyp, że nasz self-publishing nie ma wielkich nazwisk. Nazwiska autorów, którzy jednak osiągnęli tą drogą sukces, są zwykle oddzielane od self-publishingu. Wielu napisze, że ich sukcesy mają się nijak do przypadku Amandy Hocking. Z drugiej strony, niewielu się przyznaje, ile naprawdę sprzedaje. W efekcie w powszechnym mniemaniu nadal nie mamy nazwiska, które byłoby stawiane za przykład samodzielnego autora osiągającego sukces, a dziennikarze się tym tematem nie zajmują. A jeżeli już, to powtarzają frazesy, plotki i oczywiste oczywistości.

Kolejnym problemem jest polska sielska (nie)świadomość. Muszę przyznać, że słuchanie słów: „Wolę książkę od e-booka, bo książka to ma zapach…” doprowadza mnie do bardzo smutnych refleksji na temat kondycji intelektualnej nie tylko mojego rozmówcy, ale i całego mojego narodu. Tutaj pojawia się poważny problem, jaki napotyka niezależny autor w naszym kraju, czyli czytelnik. Większość tytułów niezależnych autorów wydawana jest — głównie z przyczyn ekonomicznych — w formie elektronicznej. Uważam, że to najlepsza droga do niezależnego pisarstwa, ale publikacja elektroniczna wciąż wydaje się u nas jakąś technologiczną nowością, do której niektórzy czytelnicy nie są przygotowani. Najgorsze jednak, że w kwestii e-booków i ich czytania, a także przewagi nad nimi książki papierowej, mają zdecydowanie najwięcej do powiedzenia osoby, które nigdy żadnego e-booka nie przeczytały. Co więcej, najgłośniej swoje opinie wypowiadają ci, którzy w ogóle nie czytają! Tutaj widzę ogromne pole do popisu dla bibliotek i instytucji publicznych: trzeba wyjaśniać, że czytanie na e-papierze jest równie wygodne jak na zwykłym, a przy tym może być tańsze i jest bardziej przyjazne dla środowiska. To szczególnie istotne w sytuacji, kiedy 42% Polaków przez cały rok ani razu nie sięga po książkę! Natomiast ci, którzy czytają z czytnika, mogą się pochwalić wynikiem 3,37 książki miesięcznie, a to trzykrotnie więcej niż u przeciętnego Polaka! Szacuje się, że czytników e-booków w Polsce jest od 140 do 200 tys. Wariant optymistyczny zakłada 300 tys. urządzeń. Przy tym założeniu, gdybym chciał trafić do Kindle Million Club, każdy użytkownik czytnika w Polsce musiałby kupić ponad trzy moje e-booki. Jasno więc widać, że problemem polskiego pisarza niezależnego jest zbyt mała grupa odbiorców.

Część odpowie, że nie pisze dla hajsu. Pewnie, że nie. Tradycyjny, krajowy pisarz może liczyć na zysk w okolicach 5 – 10% ceny okładkowej książki minus podatek. W przypadku e-booków honorarium to ok. 25 – 35% ceny netto. Autor niezależny zarabia nieco więcej z jednego egzemplarza, albowiem krajowe platformy wydawnicze oferują od ok. 50% ceny netto. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że sam finansuje (a przynajmniej powinien) nakłady: redakcję, korektę, grafika, ewentualną reklamę i druk. On zresztą, delikatnie rzecz ujmując, mija się z celem, tak samo jak próba wydania papierowej książki przez samodzielnego autora mija się z zyskiem. Chyba, że rzecz dotyczy bestsellerowego tytułu, autor ma doświadczenie i sieć dystrybucji albo jest to druk cyfrowy. Wracając do porównania zysków pisarza tradycyjnego i pisarza niezależnego: docieramy znów do sprawy skali. Otóż zazwyczaj wydanie dzieła w tradycyjnym modelu wydawniczym pozwala dotrzeć z e-bookiem do niemal każdej księgarni internetowej, a z książką papierową prawie do każdej księgarni internetowej i do większości księgarń stacjonarnych. Tego samodzielnie publikujący pisarz praktycznie nie jest w stanie u nas osiągnąć. I choć 5% to obiektywnie rzecz biorąc mniej niż 50%, jednak pomnożone przez odpowiedni współczynnik sprzedaży zazwyczaj daje większą sumę zysku na rzecz autora wydającego tradycyjną ścieżką wydawniczą. Innymi słowy: problemem self-publishera w Polsce jest to, że bardzo mało zarabia. Jeśli w ogóle zarabia, bo bywa że koszty są większe niż zyski. Stawiam tezę, że marna jakość części self-publishingowej oferty w dużej mierze wynika z braku środków na porządne wydanie. Podam przykład. Moja najnowsza powieść pt. Góra Bogów Śmierci ma objętość ok. 45 tys. słów, czyli ok. 7 arkuszy wydawniczych. Na redakcję wraz z korektą wydałem ponad 1225 zł. Na szczęście nie musiałem płacić za okładkę i skład do wersji PDF, bo w przeciwnym razie trzeba by doliczyć kolejne kilka stówek. Niemniej zapłaciłem za konwersję na MOBI oraz EPUB. Podsumowując: opublikowanie jej kosztowało mnie 1300 zł. Egzemplarz sprzedawałem za 9,99 zł brutto, co oznacza, że na rękę dostawałem 4 zł. Potem musiałem zapłacić od tego jeszcze podatek. Ile powinienem sprzedać kopii, aby zacząć zarabiać? Mniej więcej 350 egzemplarzy.

Tymczasem z analizy mojej sprzedaży wynika, że w Virtualo od sierpnia 2011 r. do grudnia 2017 r. sprzedałem 799 e-boków. W Nexto od marca 2012 r. do grudnia 2017 r. czytelnicy kupili 453 moje publikacje. Mając to na uwadze (i przy założeniu, że powieść zostanie dobrze przyjęta), można przyznać, że na mojej najnowszej powieści zacznę zarabiać za dwa i pół do trzech lat! Więc można powiedzieć, że zdecydowanie dużym problemem w samodzielnym wydawaniu w Polsce są koszty niewspółmierne do zysków. Inaczej rzecz ujmując: samodzielne wydanie oznacza zysk odłożony w czasie. Jest tylko jedno ale. W Kindle Store w miesiąc sprzedaję ok. 170 e-booków. Więc byleby tylko Amazon nie blokował polskiego języka, a nie będzie źle. W przypadku edycji papierowych sprawa jest jeszcze gorsza. Koszty wydania offsetem to kilka tysięcy złotych. Jeszcze większym kosztem jest obarczona skuteczna dystrybucja. Pewną alternatywą jest druk cyfrowy, niemniej problem dystrybucji wciąż jest aktualny. Do niedawna serwis Wydaje.pl oferował możliwość sprzedaży pojedynczych egzemplarzy w przystępnych cenach, co czyniło go atrakcyjnym dla wielu autorów. Ale zakończył działanie. Obecnie self-publisher w Polsce nie ma większych możliwości sprzedaży z zyskiem papierowych edycji swoich utworów. A że 98% rynku to wydania papierowe, ciągle jesteśmy w dołku.

Dzięki platformie Smashwords istnieje możliwość wprowadzenia produktów do serwisów iTunes, Barnes & Noble, Kobo, Scribd czy Oyster. Do tego pozostaje indywidualna współpraca z takimi graczami na rynku jak Nexto.pl, RW2010 czy e-bookowo. Zupełnie inaczej jest jednak z wydaniami drukowanymi. Tutaj samodzielnie publikujący autor, jak pisałem kilka akapitów wyżej, napotyka poważne problemy. Są to wspomniane przeze mnie platformy. Oczywiście można założyć własne wydawnictwo i walczyć o swoje miejsce na półkach księgarskich lub spróbować podjąć współpracę z którymś z wydawnictw publikujących za pieniądze autora. Pierwsze rozwiązanie jest ryzykownym pójściem na całość, drugie jest drogie i na dobrą sprawę mało efektywne. Jeśli tylko udałoby się nawiązać współpracę z dystrybutorem, który wprowadzi nakład do hurtowni, a te potem do księgarń — istnieje cień szansy, że książkę uda się sprzedać. Ale to jest rozwiązanie dobre jedynie dla kilku autorów. Tymczasem za granicą można wprowadzić swoją drukowaną publikację do przynajmniej kilkunastu księgarń internetowych bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów dzięki Lulu.com czy też CreateSpace.com. Można to zrobić w kilkanaście godzin. I wierz mi, to działa! Czytelnicy kupują te książki. U nas brakuje takiego rozwiązania. To bardzo istotne w sytuacji, kiedy 98% tego, co się w Polsce czyta i kupuje, jest zapisane na papierze. Wspominałem, że pojawiły się projekty takie jak Rozpisani.pl czy też WydaćKsiążkę.pl, jednak analiza kosztów oraz ich ofert nie napawa mnie zbyt dużym optymizmem.

Na koniec kilka dodatkowych smutnych zdań. Zrelacjonuję Ci moje starcie z odbiorcą, które skończyło się dla mnie nokautem. W 2005 r. opublikowałem pewien poradnik. Wydałem go tradycyjną drogą wydawniczą: wysłałem manuskrypt, podpisałem umowę z istniejącym od 1949 r. wydawnictwem, potem zatwierdziłem redakcję i rok później w księgarniach pojawiło się 2000 egzemplarzy mojej książki. Co kwartał przychodził przelew w wysokości 1500 – 1800 zł. Książka sprzedawała się na tyle dobrze, że wydawca zdecydował się dodrukować następne 1500 egzemplarzy. Nagle honorarium zmniejszyło się dziesięciokrotnie. Wpisałem do wyszukiwarki tytuł i wszystko stało się jasne: ktoś zeskanował moją książkę i wrzucił PDF-a do internetu. Trzy lata później napisałem kolejną książkę. Znalazłem wydawcę i w pierwszym miesiącu sprzedałem ponad 500 egzemplarzy. Wkrótce napisałem kolejną i sytuacja się powtórzyła. Po roku sprzedaż w pierwszym i drugim przypadku znów spadła. Już nie musiałem wpisywać nic do wyszukiwarki. Wszystko było jasne. Napisałem więc jeszcze jedną książkę i przez kilka miesięcy zarabiałem, a potem wszystko wróciło do normy. Pytanie: czy tak właśnie wygląda norma? Nie chcę moralizować, przedstawiłem tylko fakty. Tak było. Jasne, że zazwyczaj nowy tytuł sprzedaje się najlepiej, z czasem mniej, szkoda tylko, że jest tak również z powodu piractwa. Powiem wprost: gdyby nie ono, to od 2007/2008 r. nie musiałbym pracować na etacie i mógłbym skromnie (mniej więcej tak samo jak teraz) żyć wyłącznie z pisania. Nie chcę się użalać, przecież nie piszę wyłącznie „dla hajsu”, ale też muszę płacić rachunki. Zaakceptowałem to, że istnieją piraci, że własność intelektualna nie jest uznawana za czyjąś pracę. Nic nie mogę z tym zrobić. Tak samo jak z wyższym VAT-em na e-booki czy ze spadkiem czytelnictwa. Ale nie muszę tego popierać.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wyczerpałem tematu. Przeciwnicy self-
-publishingu będą gardłowali, że skoro my, autorzy niezależni, mamy tyle problemów, lepiej dajmy sobie spokój. Nie wiem jak inni, ale ja cierpliwie poczekam na pojawienie się możliwości zgodnego z regulaminem publikowania w KDP Amazona po polsku. Wierzę, że ta chwila kiedyś nastąpi, tak samo jak w to, że publikacje elektroniczne będą stanowiły 25% całego rynku naszej książki. I że czytnik e-booków będzie miał chociaż co dziesiąty Polak — nie, jak dziś, jeden na 200. Życzyłbym sobie też obniżenia cen e-booków. Najlepiej obniżenia podatku VAT z 23 do 5%. Wtedy z resztą problemów jakoś będzie się dało żyć. I tworzyć. Na koniec rzucę banałem: Polska to nie USA ani nawet Wielka Brytania. A już na pewno to nie Japonia. I nie tylko dlatego, że w chwili kiedy to piszę, funkcjonują księgarnie internetowe Amazon.com (dla USA), Amazon.co.uk (Wielka Brytania) i Amazon.co.jp (Japonia), ale generalnie dlatego, że jesteśmy krajem zacofanym i biednym, jeśli chodzi o tematykę e-booków i samopublikowania.

Fragment pochodzi z książki „Biblia #SELF-PUBLISHINGu” Aleksandra Sowy.

inne, rozwój osobisty i osiąganie celów

Pisz, publikuj albo giń!

27 września 2018

„Pewien pisarz, którego bardzo cenię — najbardziej za oszczędność stosowania w swoim pisarstwie środków stylistycznych — niezwykle trafnie podsumował temat tego poradnika. „Niezależne pisarstwo to jak gra na piaszczystej drugiej bazie: nie wiadomo, jak odbije się piłka”. Ernest Hemingway miał rację. Nigdy nie wiadomo, co nas spotka.

Pisarstwo niezależne nie jest wspaniałą ideą, sielanką i fantastycznym sposobem na zdobycie sławy czy fortuny. Jednocześnie oferuje wiele możliwości, które sprawiają, że warto w pewnych okolicznościach się na nie zdecydować. Pisarstwo niezależne daje przede wszystkim szansę dotarcia do czytelnika. Daje wolność, bo przecież samopublikujący pisarz jest uwolniony od konieczności dostosowania swojej twórczości do woli jakiejkolwiek innej niż jego własna. Pisarz samopublikujący może tworzyć dzieło zarówno dostosowane do gustów masowego odbiorcy, jak i wyrafinowane, wyspecjalizowane albo tak kontrowersyjne, jak tylko tego zapragnie. Może tworzyć dzieło, jakie jego zdaniem jest wspaniałe.

Pisz, publikuj, zarabiajZerwanie z komercją, a zatem nastawienie się przede wszystkim na zysk, jak ma to miejsce w przypadku tradycyjnej publikacji, daje nieograniczoną wolność twórczą. To sprawia, iż można wierzyć w to, że niczym nieskrępowana twórczość autora zostanie zauważona i doceniona — przede wszystkim przez odbiorcę. Prawdopodobieństwo tego jest jednak niewielkie. Owszem, internet i samopublikowanie dają możliwość łatwego i taniego publikowania, nie trzeba mieć już dostępu do wielkich instytucji albo bogatych ludzi (mecenat), by rozprzestrzeniać swoją twórczość. Z drugiej strony, rodzi to niespotykaną nigdy w dziejach konkurencję. Nawet jeśli autor zdecyduje się na darmowe rozdawnictwo swoich utworów, nie zagwarantuje mu to sukcesu. Czasem wręcz przeciwnie — uniemożliwi ten sukces. Oznacza to, że nawet naprawdę wysokiej jakości dzieła mogą nie zdobyć uznania proporcjonalnego do swojej wartości. Dlatego też współczesny autor musi dużo tworzyć, ponieważ częste publikowanie zwiększa prawdopodobieństwo, że jego twórczość nie przejdzie bez echa. Częste publikowanie pomaga utrzymać również więc czytelnika z autorem (jego twórczością), co w sposób oczywisty zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu autora. Współczesny autor musi się wyróżniać, musi działać inaczej niż inni autorzy, a przynajmniej inaczej niż autorzy tradycyjni.

Musisz przede wszystkim czytać. I nie mam tutaj na myśli tylko dzieł akademickich, profesjonalnych, ale również książki popularne, blogi itp. Przyglądaj się, jak piszą inni, zobacz, co można zrobić inaczej niż oni, lepiej, ciekawiej. Szukaj towarzystwa ludzi, którzy Cię inspirują. Nie — chwalą, hołubią, ale inspirują. Takich, którzy myślą inaczej niż Ty. Ufaj swojej intuicji, słuchaj innych, ale decyduj samodzielnie. Nie każda droga, która jest dobra dla Twojego przyjaciela, mentora, mistrza, będzie dobra również dla Ciebie.

Nie myśl, że po wydaniu jednej książki będziesz pisarzem. Nie będziesz. Nie myśl, że jesteś nim, bo potrafisz pisać. Nie jesteś. Wydałem kilka różnych tytułów, samodzielnie opublikowałem kilkanaście, wielu ludzi spotkało się z moim słowem pisanym i… nie uważam, abym był pisarzem. Jestem co najwyżej autorem, który ma nadzieję, że jego słowa zostawiły ślad w czyimś umyśle, sercu, wspomnieniach. Mam nadzieję, że również w Twoim.

Pismo jest naszym wielkim odkryciem. Potem mieliśmy jeszcze tylko dwa równie wielkie: pierwszym było wynalezienie druku, drugim — internetu, który zmienił świat i dziś pozwala nam, amatorskim adeptom sztuki pisarskiej, zaistnieć. Wchodząc na trudną, krętą i wyboistą ścieżkę autora publikującego samodzielnie (nie ukrywam tego), tak naprawdę wybierasz drogę, która nie wiadomo gdzie Cię zaprowadzi. Jak powiedział Hemingway, „nie wiadomo, jak odbije się piłka”. Wiadomo, że może odbić się w każdą stronę, więc Ty z pewnością możesz iść niemal w każdym kierunku. Musisz jednak walczyć o uznanie. Walcz o czytelnika. Rozpychaj się łokciami, pisz dobrze, pisz ciekawie, tak żeby chwycić czytelnika za gardło (serce), i nie pozwalaj mu odejść. Twoim orężem niech będzie słowo. Ono ma naprawdę ogromną siłę.

"Biblia #SELF-PUBLISHINGu"Wiem, że po przeczytaniu tej książki wielu będzie narzekać. Jedni stwierdzą, że jest rozwlekła, zbyt obszerna, inni przeciwnie — że nie znaleźli w niej odpowiedzi na swoje pytania, a tematy w niej poruszone zostały ledwie zasygnalizowane. Bardzo możliwe, że jedni i drudzy będą mieli rację. Może w następnym wydaniu się poprawię i wprowadzę takie zmiany, żeby ten poradnik lepiej spełniał pokładane w nim nadzieje. A może nie, bo nie wiem, czy zdecyduję się na kolejną edycję. Prawdopodobnie nie, bo jestem już bardzo zmęczony jego pisaniem.

Na koniec dam Ci pewną, dobrą według mnie radę. Zamiast narzekać na to, że ten poradnik jest za długi, za krótki, zbyt powierzchowny albo za bardzo szczegółowy, po prostu weź się do pracy. Siądź do komputera i zacznij pisać. Masz książkę w głowie? Przelej ją na papier. Masz książkę napisaną? Zrób wszystko, aby ją opublikować. Tylko w ten sposób masz szansę na tym zarobić, zaistnieć i tym samym iść przed siebie. Jeśli nie będziesz szedł, oznacza to, że stoisz w miejscu. Ty jesteś kowalem swojego losu, Ty decydujesz o tym, kim jesteś i ile sprzedasz swoich e-booków albo książek. Urodziłeś się i pewnego dnia odejdziesz z tego świata, tak samo jak ja i wszyscy pozostali. Nie wiemy, kiedy to nastąpi. Mamy dany jakiś czas. Jest on różny. Jedni mają 90 lat, a inni nawet mniej niż 1/10 z tego. Tak już jest i nic z tym nie zrobimy. Ale możemy ten nasz czas zmarnować albo go wykorzystać. Możesz go wykorzystać na narzekanie, marnotrawienie podczas jałowych dyskusji na forach, w serwisach społecznościowych albo wstukiwanie na klawiaturze smartfona głupkowatych emotikonów w WhatsApp. W tym samym czasie możesz też napisać kolejną książkę, kolejne opowiadanie, które — nawet jeśli nie zdobędzie statusu bestsellera — pozwoli Ci zarobić, zaistnieć albo poprawić swój warsztat. Pozwoli Ci utrzymać się na powierzchni lub blisko niej. Pozwoli Ci iść naprzód.

W dzisiejszym świecie, gdzie wielu z nas wydaje się, że mogą zostać pisarzami, trzeba walczyć. Pisz, publikuj albo giń — tak powinno brzmieć credo współczesnego autora, kogoś, kto samodzielnie publikuje swoje utwory bez wydawców i chce na tym zarabiać, nawet jeśli inni uważają, że tak naprawdę to nie jest możliwe. Wierz mi, to jest możliwe, ale potrzeba wiele samozaparcia, dyscypliny i odwagi. Potrzeba determinacji i wytrwałości. Dlatego kończąc swoją książkę, dodam: nie narzekaj, ale pisz, poprawiaj, drukuj, sprzedawaj; rób swoje — opowiedz własną albo zmyśloną historię. Opowiedz ją! Sprzedaj ją i twórz dalej. Rób to, co lubisz. Ludzie uwielbiają czytać, uwielbiają słuchać historii. I tak naprawdę nieważne, kto ją opowiada. Istotne, o czym jest ta historia.”

Fragment pochodzi z książki „Biblia #SELF-PUBLISHINGu” Aleksandra Sowy.

Już w sprzedaży!

inne

Po co to wszystko? (czyli dlaczego chcesz wydać swoją książkę)

17 września 2018

„Zajmijmy się pytaniem, które powraca niczym echo w ciemnym tunelu. Wielu autorów pisze książkę, a potem zastanawia się, co dalej. Odpowiedź wydaje się oczywista — trzeba ją wydać. Tak, to prawda. Tyle że warto sobie odpowiedzieć na pytanie: po co ją wydawać? Przyjmuję do wiadomości, że już sobie na nie odpowiedziałeś, zatem jesteś gotów do polemiki.

Znalazłeś swoją odpowiedź na tak postawione pytanie, więc będzie Ci łatwiej przejść cały dalszy proces wydawniczy. Dlaczego? Ponieważ można wydawać książki tylko po to, by szczegółowo opisać i zachować historię pewnego miejsca, budynku, wsi, miasta lub rodu. Takie rozwiązanie powoduje, że nie liczymy na wielotysięczne nakłady, literacką Nagrodę Nobla, wywiady u Kuby Wojewódzkiego czy wielocyfrowe honoraria. Cel jest inny, prawda? W takiej sytuacji współpraca z tradycyjnym wydawnictwem właściwie odpada. Można pokusić się o współpracę z wydawnictwem vanity albo działać samodzielnie. Jedno jest pewne: mamy cel i dość łatwo możemy go zrealizować. Wiemy, że naszym dziełem będzie zainteresowana naprawdę bardzo ograniczona grupa osób, nie będzie nam więc zależało na reklamie czy szerokiej dystrybucji. W takiej sytuacji self-publishing to najlepsze rozwiązanie.

Inny scenariusz zakłada wydanie swojej książki nie dla zysku. W ten sposób postępuje wielu autorów, szczególnie na początku kariery wydawniczej. Takim autorom, często poetom lub tworzącym pewien bardzo niszowy gatunek literatury, zupełnie nie zależy na sprzedaży. Liczy się fakt dotarcia do czytelnika, czasem do jak największej liczby czytelników. Ich motorem działania jest chęć pozostawienia czegoś po sobie, jeżeli nie w świadomości czytelników, to przynajmniej na niezliczonych stronach WWW i twardych dyskach ich użytkowników. Zwykle tacy autorzy rozdają swoją pracę za darmo, ponieważ wiedzą, że ich książki nie kupiłby nikt, nawet gdyby kosztowała jeden grosz. Często ich wiedza opiera się jednak tylko na przypuszczeniach i najzwyczajniej w świecie się mylą.

Self-publishing (zwłaszcza publikacja online i self-electronic) w tej sytuacji nie wymaga specjalnych kosztów, więc jest doskonałym rozwiązaniem dla takich autorów. Nie jestem zwolennikiem udostępniania swojej twórczości za darmo, z tej prostej przyczyny, że człowiek jest tak skonstruowany, że dostając coś za darmo, podświadomie tego czegoś nie ceni. To oznacza, że dzieła rozdawane przez ich autorów są postrzegane jako mniej wartościowe niż utwory komercyjne. To rzutuje na całość zjawiska.

Osobną kwestią jest tzw. psucie rynku. Przyznaję, że przez długi czas byłem odmiennego zdania, wiele tysięcy egzemplarzy swoich utworów udostępniłem gratis i przekonywałem do mojego punktu widzenia innych samodzielnie tworzących autorów. Wreszcie zrozumiałem, że bezpłatne udostępnianie swojej twórczości nie zawsze jest korzystne dla autora. Nie raz pewnie słyszałeś, że self-publishing to nowoczesna grafomania. Prawdopodobnie nie raz usłyszysz, że wydawane niezależnie od wydawnictw dzieła reprezentują skandalicznie niski poziom, ponieważ nie przechodzą wydawniczego sita i tak naprawdę całe to zjawisko jest bardzo szkodliwe nie tylko dla branży wydawniczej, ale przede wszystkim dla literatury oraz szeroko pojętej kultury. Mocne słowa, to fakt. Cokolwiek by powiedzieć i napisać o self-publishingu, nikt jednak nie będzie w stanie odebrać temu zjawisku pewnej cechy: jest to metoda publikowania pozwalająca na niemal niczym nieskrępowaną wolność w zakresie prezentowania treści. Oczywiście istnieją narzędzia uniemożliwiające przedstawianie pewnych (zabronionych prawem) treści, na dobrą sprawę jednak i one mogą zostać wyeliminowane przy umiejętnym wykorzystywaniu tej metody wydawniczej.

Self-publishing daje autorowi gigantyczną wolność. Żadna inna forma publikowania nie dopuszcza jej w takim stopniu. W tym modelu to autor decyduje, co chce wydać, jak chce wydać, czy zamierza na tym zarabiać, czy też nie. I jeśli taki autor uświadomi sobie, dlaczego chce to zrobić, może wszystko. A jeśli zamierza na swoim dziele zarabiać, nie musi dzielić się zyskiem z nikim (poza urzędem skarbowym).

Odpowiedzieć na postawione w tytule tego rozdziału pytanie można na setki sposobów. Każdy autor może to zrobić w swój wyjątkowy sposób, bo motywacja każdego z nas może być — i z pewnością będzie — nieco inna. Self-publishing pozwala na publikowanie z ważnych jedynie dla samego autora powodów, daje niezależność i dopasowanie do indywidualnych potrzeb.”

[label style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Biblia #SELF-PUBLISHINGu” Aleksandra Sowy.[/label]

inne, relacje i związki

Jak kreatywnie spędzić wolny czas? Oto nasze propozycje!

29 maja 2018

Pogoda ostatnio mocno nas rozpieszcza, dlatego śpieszymy przedstawić Wam kilka ciekawych sposobów na spędzenie wolnego czasu. Zamiast siedzieć godzinami przed telewizorem lub gapić się przez cały dzień w telefon, można wykorzystać te chwile dużo milej.

Oto 7 naszych propozycji na kreatywne spędzenie wolnego czasu:

1. Wycieczka rowerowa

Większość z Was pewnie powie, że to banał. Nic bardziej mylnego. Nawet jeśli nie masz kondycji, możesz potraktować to jako pierwszy krok ku poprawieniu sylwetki i stanu zdrowia. Połączysz przyjemne z pożytecznym, a w dodatku odwiedzisz fajne miejsca. Wybierz z rodziną czy znajomymi cel wycieczki i ruszaj w drogę!

2. Wyciągnij planszówki

Pamiętasz, jak w dzieciństwie nie mogłeś się oderwać od planszówek? To jest sposób na wieczór! Zbierz ekipę, odkurz starą grę i niech odżyją wspomnienia. Gwarantujemy, że śmiechu będzie co nie miara.

3. Dobra książka to idealna okazja na spędzenie wolnego czasu!

Chcesz przenieść się w świat kryminału, sensacyjnych wydarzeń, a może lubisz fantasy? Wybór należy do Ciebie. Wyciągnij koc, połóż się na leżaku i delektuj się wyjątkową lekturą. Poszerzysz horyzonty, słownictwo i kreatywność. Nie bądź jak większość społeczeństwa i nie „odmóżdżaj się” serialami paradokumentalnymi. Stać Cię na coś bardziej ambitnego.

4. Ugotuj coś!

Lubisz dobrze zjeść? Nic nie daje takiej satysfakcji, jak ugotowanie czegoś wystrzałowego lub po raz pierwszy. Nie tylko w programach kulinarnych potrafią gotować, dlatego zainspiruj się i zaproś znajomych na kolację. Na pewno będą wniebowzięci.

5. Kino letnie

W wielu miastach będziemy mieli możliwość obejrzenia klasyków kina pod gołym niebem. Kiedy zapada zmrok, robi się odpowiedni klimat. To bardzo wciągające i zapewniamy, że to nie będzie Twoja jedyna wizyta w kinie letnim.

[well]

[dropcap background=”yes”]Brakuje Ci celu w życiu?[/dropcap]

 

Zdobądź ZA DARMO legendarnego ebooka Napoleona Hilla „Prawa Sukcesu” Superumysł oraz Określony Cel Główny.

Prawo Sukcesu

  • Wreszcie skupisz się na tym, czego naprawdę pragniesz.
  • Dowiesz się, na czym w rzeczywistości polega PLANOWANIE i jaką ma moc w realizacji Twoich celów.
  • Poznasz 4-stopniową formułę, która pozwoli Ci zająć się w życiu tym, co przynosi Ci najwięcej satysfakcji i zysków

[button url=”http://x.zlotemysli.pl/prawa-sukcesu-darmowy-ebook” style=”yellow darmebook”]Pobieram ebooka![/button]
[/well]

6. Piknik

Cały dzień na łonie natury? Idealny pomysł! Weź jednorazowy grill, przygotuj przekąski, zabierz piłkę lub paletki do badmintona. Razem z rodziną lub znajomymi baw się, opalaj, jedz i rozmawiaj. W ten sposób więzi między bliskimi jeszcze się zacieśnią i na pewno nie powiesz, że był to zmarnowany czas.

7. Escape room

Słyszałeś już o tej rozrywce? Polecamy ją serdecznie. Współzawodnictwo, działanie, szybkie myślenie i reagowanie na nowe wskazówki. Kupa śmiechu z rodziną czy znajomymi spowoduje, że będziesz chciał takie wypady powtarzać jak najczęściej.

Autor: Paulina Wolska

inne

Może to wszystko samo przejdzie?

23 stycznia 2018

„Możemy się uleczyć z cierpienia, tylko przeżywając je do końca.” — Marcel Proust

„Do kryzysu możesz podejść na dwa sposoby: możesz z nim walczyć albo go zaakceptować. Ponieważ konfrontacja z bólem bywa bardzo trudna, ludzie zwykle wybierają pierwsze wyjście. Tu strategie bywają przeróżne: rzucają się w wir pracy, udają, że problemu nie ma, zagłuszają emocje, wypierają uczucia ze swojej świadomości, przeczekują, aż sprawy same się rozwiążą, zachowują się tak, jak gdyby nic się nie działo, korzystają z szybkich form poprawy samopoczucia typu alkohol, narkotyki, przypadkowy seks itp. Słowem: robią wszystko, by uciec od swojego cierpienia. Pomyśl teraz, proszę, jak to wygląda u Ciebie. Czy nie jest czasem tak, że i Ty robisz na co dzień bardzo wiele, by odrzucić swoją trudność? Czy nie angażujesz mnóstwa energii i czasu, by choć w minimalnym stopniu oddalić od siebie swoją udrękę? Pewnie tak jest, ja też niejednokrotnie przyłapuję się na tym, że próbuję uciec od własnego bólu. Tak bardzo go nie chcemy, tak bardzo go odpychamy, że paradoksalnie całą swoją uwagę właśnie jemu poświęcamy. Mówimy: „Odejdź” i wyrzucamy go przez drzwi, więc on zagląda przez okno. Zduszamy go w środku, więc on wydostaje się na zewnątrz. Krzyczymy: „Wynoś się z naszego życia”, więc on przychodzi cichaczem w postaci chorób i napięć ciała. Innymi słowy: im mocniej angażujemy nasze siły, by go ignorować, tym mocniej się on dobija. Stawiając bowiem walkę z nim w centrum naszej uwagi, sprawiamy, że jego natężenie zwyczajnie wzrasta.

Pisząc te słowa, Drogi Czytelniku, chcę, byś wiedział, że jest w tej całej rzeczywistości brutalna prawda: najlepszym sposobem, by poradzić sobie z cierpieniem, jest pozwolenie na jego przeżycie. Kiedy zatem wstaniesz kolejnego dnia, a ono zapuka do Twoich drzwi, zachowaj się inaczej niż zwykle. Przyjmij je jak gościa, zaproś do siebie, powiedz coś w rodzaju: „Cieszę się, że jesteś”, „Rozgość się”, „Jak długo próbowałeś się ze mną skontaktować?”, „Co masz mi do powiedzenia?”, „Jesteś w porządku” i… nasłuchuj. Bądź jednak w tym autentyczny, bo tylko taka postawa może przynieść zamierzony skutek. Wiesz już przecież, że ból Cię nie zabije i przez niego nie umrzesz, nic zatem nie tracisz, postępując w taki oto sposób. Co więcej, kiedy rzeczywiście otworzysz się na niego i wysłuchasz, co on ma Tobie do powiedzenia, będzie mógł wreszcie odpuścić i odejść. Nie stanie się to oczywiście od razu. Tyle razy zamykałeś mu drzwi przed nosem, odrzucałeś go od siebie, że prawdopodobnie będzie musiał powrócić kilkakrotnie, może nawet wiele razy, zanim zrozumiesz jego sens. Każde jego następne nadejście będzie jednak mniej intensywne od poprzedniego, aż wreszcie ból całkowicie zniknie z Twojego pola widzenia i odczuwania.

Wiem, że mierzenie się z kryzysem może być bardzo trudne. Tym bardziej, jeśli stosowałeś już strategię wypierania go czy odwracania od niego uwagi i otrzymywałeś w zamian nagrodę — krócej lub dłużej trwającą ulgę. Wybierając jednak takie rozwiązanie, sprawiasz jedynie, że cierpienie zapewne wróci, gdy tylko w Twoim życiu wydarzy się coś trudnego. Innymi słowy: Twoje bolączki zaognią się ponownie, a Ty będziesz na nowo przeżywał swoje problemy, niejednokrotnie ze zdwojoną siłą. To trochę tak jak z bólem zęba. Możesz wziąć tabletkę, która chwilowo uśmierzy nieprzyjemne odczucia, ale dopóki nie zajmiesz się jego wyleczeniem, będzie dawał o sobie znać coraz mocniej, aż wreszcie ból będzie tak doskwierający, że będziesz musiał po prostu się nim zająć. Powinieneś również wiedzieć, że tłumienie kryzysu sprawia, że nie tylko nie rozwiązujesz swoich problemów, ale zaczynasz stopniowo zauważać, jak negatywny wpływ mają one na Twoje życie. To właśnie przez nieprzepracowane emocje/wydarzenia podupada Twoje zdrowie, obniża się poczucie własnej wartości, a Ty powielasz wciąż te same błędy, wchodzisz w toksyczne relacje, odtwarzasz podobne schematy postępowania czy podejmujesz niekorzystne dla siebie decyzje. Słowem: kręcisz się w kółku nierozwiązanych spraw, niszczących emocji i poczucia sytuacji bez wyjścia.

OGRANICZAJĄCE PRZEKONANIA

Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie, ale ludzie bardzo często odrzucają bolesne przeżycia nie dlatego, że przeraża ich intensywność doświadczeń, ale przede wszystkim dlatego, że obawiają się, że bycie w stanie udręki po prostu nigdy się nie skończy. Gdyby jednak ktoś dał Ci gwarancję, tu i teraz, że Twoje cierpienie potrwa nie dłużej niż tydzień – dwa, a dzięki niemu wiele się nauczysz i zmienisz swoje życie na lepsze, wszedłbyś w to? Zapewne część z Was powiedziałaby „tak”, bo czym jest siedem dni, choćby w bólu, w porównaniu z resztą życia? Problem jednak w tym, że nikt nie może dać Ci takiej gwarancji, i to właśnie przerażająca myśl, że „Twoje cierpienie będzie trwać wiecznie”, paraliżuje Cię przed jego konstruktywnym wykorzystaniem.

Są jeszcze inne przekonania, które nie wspierają Cię w kryzysie i każą Ci go odrzucać. O większości z nich pisałam już na wcześniejszych kartach tej książki. Teraz spróbuję je jedynie podsumować. Spójrz zatem, proszę, na tabelę 9.1 i zobacz, które z nich nadal dotyczą Ciebie. Ich prawidłowe odpowiedniki znajdziesz po prawej stronie.

Kiedy pozbędziesz się resztek ograniczających przekonań i przestaniesz się buntować przeciw kryzysowi, będziesz w stanie go przyjąć i zauważyć, jaki potencjał on dla Ciebie niesie. Będziesz również gotów, by zmierzyć się z bolesną sytuacją i stopniowo poczuć się lepiej. Niechaj zatem kolejne rozdziały, szczególnie ten najbliższy (rozdział 10., „Jak sobie pomóc?”), będą dla Ciebie kluczem w znalezieniu dla siebie właściwej drogi.”

 

Tabela 9.1. Zbiór wspierających i ograniczających przekonań na temat kryzysu (opracowanie własne)

rys do art-fragment3

 

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Kryzys to nie koniec” Renaty Myczki.[/badge]

inne

Ból nie do wytrzymania

16 stycznia 2018

„Bez bólu i cierpień nie istniejemy.” — Eurypides

„Kiedy jesteś w kryzysie, możesz chwilami odnosić nieodparte wrażenie, że ból, który aktualnie Cię dotyka, jest tak silny, że nie wytrzymasz, nie poradzisz sobie. Mówiąc o bólu, mam na myśli zarówno ten, który odnosi się do Twoich emocji (tzw. ból psychiczny), jak i ten, którego doświadczasz w ciele (tzw. ból fizyczny). Nie jest moją rolą oceniać, który z nich jest silniejszy w odczuwaniu, bo to bardzo subiektywne, indywidualne wrażenie, jednak chcę, byś wiedział, że jeden może wynikać z drugiego. Innymi słowy: ból psychiczny może być konsekwencją fizycznego urazu i na odwrót — emocjonalne silne pobudzenie może powodować zauważalne objawy w Twoim ciele.

Doświadczając przygniatających wewnętrznie sytuacji, możesz mieć poczucie istnienia w Tobie cierpienia, które jest tak silne, że przeszywa Cię od środka i obezwładnia całe Twoje ciało. W chwilach silnego napięcia możesz odczuwać ogromny niepokój, który nie tylko nie pozwala Tobie normalnie funkcjonować, ale dosłownie sprawia, że nie potrafisz usiedzieć w miejscu. Czasem lęk bywa aż tak dojmujący, że możesz mieć wrażenie, że tracisz kontakt z rzeczywistością lub że zwyczajnie zaraz zwariujesz. Konsekwencją odczuwania na wskroś przeszywającego lęku może być również podejmowanie przez Ciebie działań, których zapewne nie podjąłbyś, gdybyś był spokojny i myślał racjonalnie. Kiedy tak się dzieje, Twoi bliscy mogą nie tylko nie rozumieć Twojego zachowania, ale wręcz uważać je za nieodpowiednie, nieadekwatne do okoliczności czy nawet nienormalne. Co więcej, Ty sam możesz zdawać sobie sprawę, że poziom Twojej reakcji znacznie odbiega od Twojego „standardu funkcjonowania”, a jednak emocje mogą być na tyle silne, że przesłaniają logiczne rozumowanie.

Nie wiem, Drogi Czytelniku, w jaki sposób konkretnie Ty odczuwasz swój ból, ale osoby, z którymi rozmawiałam, bardzo często mówiły o wrażeniu duszenia się czy niemożliwości złapania oddechu. Kiedy napięcie w ciele było tak silne, że wydawało się rozrywać ich organizm od środka, ich reakcja bywała różna: część z nich krzyczała, waliła w ścianę, inni wili się z bólu, kiwali jednostajnie w przód i w tył czy zagryzali pięści, by choć trochę poradzić sobie z odczuwanym cierpieniem. Byli i tacy, którzy wspominali raczej o swego rodzaju paraliżu, odrętwieniu i niemożliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu. Pamiętaj, że to, jakie emocje i zachowania są Twoim udziałem, jest bardzo indywidualnym doświadczeniem.

Z życia wzięte
Kiedy Marta (33 lata) trafiła do szpitala w drugim miesiącu zagrożonej ciąży, nawet przez chwilę nie dopuszczała myśli o utracie dziecka. Starała się przecież o nie od ponad dwóch lat, a w jej postrzeganiu było ono wszystkim, czego pragnęła od życia. Diagnoza jednak okazała się jednoznaczna — ciąża rozwijała się nieprawidłowo i trzeba było wywołać poronienie w celu ratowania życia kobiety. Początkowo Marta wypierała bolesną wiadomość i zachowywała się tak, jak gdyby wszystko było w jak najlepszym porządku. Jeszcze kilka dni po zabiegu rozmawiała z maleństwem, głaskała się po brzuchu, śpiewała kołysanki. Kiedy jednak szczątki informacji stopniowo zaczęły przedostawać się do jej świadomości, w jej ciele pojawił się ból, który opisywała jako przeżycie nie do zniesienia. Przez wiele tygodni w zasadzie nie wstawała z łóżka. W dzień leżała „nieprzytomna”, a w nocy naprzemiennie płakała i krzyczała, zagryzając poduszkę tak, by nikt nie słyszał. Była bowiem przekonana, że nikt jej nie rozumie, że nie ma pojęcia, co ona czuje, a jej życie straciło sens.

BÓL ZA BÓL, CZYLI TROCHĘ O AUTOAGRESJI

[pullquote align=”right”]Autoagresja jest formą odreagowywania wewnętrznego napięcia.[/pullquote]

Jest ważna rzecz, o której muszę koniecznie wspomnieć w tym rozdziale. Otóż niejednokrotnie osoby doświadczające intensywnego bólu psychicznego zadają sobie ból fizyczny. Robią tak wówczas, kiedy nie znalazły innych strategii radzenia sobie z obezwładniającym wewnętrznym napięciem. Innymi słowy: celowo siebie krzywdzą, biją, przypalają skórę, wyrywają włosy z głowy, nacinają ciało, by zagłuszyć bądź rozładować nagromadzone emocje. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że części osób nawet się to chwilowo udaje. Dzieje się tak dlatego, że podczas zadawania ran organizm ludzki wydziela endorfiny, które pomagają uporać się z bólem. Jeśli właśnie Tobie zdarzyło się kiedykolwiek w ten sposób odreagowywać swoje cierpienie, wiedz, że kaleczenie własnego ciała nie pomoże Tobie wyjść z kryzysu. Co więcej, oprócz trudno gojących się ran, blizn na ciele i ryzyka poważnych powikłań zdrowotnych (łącznie z utratą życia) możesz doprowadzić do uzależnienia swojego organizmu od tej destrukcyjnej formy samopomocy (o tym, jak siebie wspierać w sposób konstruktywny, przeczytasz w rozdziale 10., „Jak sobie pomóc?”).

Kiedy decydujesz się na krzywdzenie samego siebie, nie znaczy to oczywiście, że jedynym powodem, dla którego to robisz, jest odreagowanie bólu. Może być tak, że chcesz zwrócić na siebie uwagę, zwiększyć poczucie kontroli i autonomii czy wreszcie ukarać się za realne lub wyimaginowane błędy, które być może popełniłeś. Jednym z przejawów kryzysu jest bowiem złość nie tylko na innych, ale równie często na siebie, i wynikające z tego ogromne poczucie winy. Niezależnie, co Tobą kieruje, jeśli podnosisz rękę na własne ciało, potrzebujesz pomocy specjalisty.

NIEŚWIADOME ZWIĘKSZANIE BÓLU

Kolejna istotna rzecz, o której często nie myślimy, a może zwyczajnie nie zdajemy sobie z niej sprawy, to niecelowe intensyfikowanie własnego bólu. Chodzi o sytuację, kiedy odczuwając wewnętrzne napięcie, jakąś dolegliwość czy nawet chorobę, skupiamy całą swoją uwagę na naszych bolączkach. Innymi słowy: kierujemy swój umysł w stronę odczuwanego cierpienia i natychmiastowej chęci pozbycia się go. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest spinanie wszystkich mięśni wokół miejsca bólu, co powoduje jeszcze większe napięcie i wzrost nieprzyjemnych doznań. A zatem im bardziej się martwimy, im bardziej przeżywamy, tym mocniej spinamy nasze ciało, co staje się doskonałą „pożywką” do pogłębienia problemu.

Dokładnie tak właśnie się dzieje, kiedy przykładowo odczuwasz ból kręgosłupa. Skupiając się na nim, sprawiasz, że mięśnie pleców napinają się do granic możliwości, a dyskomfort związany z Twoją dolegliwością narasta. Podobnie wygląda sprawa z naszymi emocjami, np. lękiem czy smutkiem. Kiedy angażujesz swoje myśli i poświęcasz im całą uwagę, one się kumulują i rozrastają. Rozwiązaniem nie jest zatem koncentracja na nich, ale otworzenie się na nie i rozluźnienie ciała, czemu sprzyja medytacja i relaksacja (więcej o tych formach oddziaływania znajdziesz w rozdziale 10., „Jak sobie pomóc?”). Nie zrozum mnie jednak źle. Nie chodzi o to, byś zaprzeczał istnieniu cierpienia w sobie, byś je na siłę odrzucał, wręcz przeciwnie: masz je przyjąć i zaprosić do siebie. Wtedy nie będzie musiało ono już walić „drzwiami i oknami”, a będzie mogło zwyczajnie odpuścić (więcej na ten temat przeczytasz w rozdziale 9., „Może to wszystko samo przejdzie?”).

Podsumowując moje rozważania, chcę zwrócić Twoją uwagę na pewną refleksję. Otóż doświadczając „wewnętrznej udręki”, jesteśmy często przekonani, że jest jakaś jej pewna granica, której nie zdołamy przejść. Bardzo często robimy zatem wszystko, by się do niej nie zbliżyć. Kiedy jednak ją przekroczymy, możemy być zdziwieni naszą wytrzymałością. Okazuje się bowiem, że nie tylko nie zwariowaliśmy, ale jesteśmy w stanie znieść dużo więcej, niż pierwotnie zakładaliśmy. Oznacza to dla Ciebie, że i Ty jesteś wystarczająco silny, by „przenieść swój krzyż” do końca, jeśli tylko w to uwierzysz i na to pozwolisz. Kiedy tak się stanie, po jakimś czasie odetchniesz z ulgą, a czując „nowy początek”, zrozumiesz prawdziwość stwierdzenia: „Wszystko kiedyś się wypala, kończy — nawet ból”.”

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Kryzys to nie koniec” Renaty Myczki.[/badge]

inne

OD STRESU DO KRYZYSU

20 grudnia 2017

„Przyszedł wreszcie moment, by zastanowić się, czy przewlekły stres może prowadzić do wystąpienia kryzysu w Twoim życiu. Niestety, nie mam dla Ciebie dobrych wieści. Nieustanne funkcjonowanie w stanie niekorzystnego pobudzenia może prowadzić do pojawienia się kryzysu. Żebyś lepiej mógł zrozumieć, co mam na myśli, spójrz, proszę, na schemat poniżej (rysunek 2.3).

Od stresu do kryzysu
Rysunek 2.3. Zależność pomiędzy stresem a kryzysem (opracowanie własne)

Jak widzisz, na bodźce pojawiające się w Twoim życiu, tzw. stresory, możesz zareagować na dwa sposoby: adekwatnie lub nieadekwatnie. Innymi słowy: możesz sobie z nimi poradzić (o strategiach radzenia sobie ze stresem i kryzysem przeczytasz w rozdziale 10., „Jak sobie pomóc?”) i wówczas wrócisz do stanu równowagi, lub mogą Cię one przytłoczyć na tyle, że zwiększą siłę odczuwanego stresu i trwając odpowiednio długo, doprowadzą do pojawienia się stresu chronicznego. Kiedy ten już zagości w Twoim życiu, również masz do dyspozycji dwa wyjścia. Możesz w porę podjąć skuteczne środki zaradcze i powrócić do stanu równowagi lub sytuacja może Cię przerosnąć i popadniesz w stan kryzysu.

UWAGA Nie każdy kryzys jest poprzedzony stresem chronicznym. Bardzo wiele kryzysów, a nawet znaczna ich większość, jest konsekwencją wystąpienia nagłej sytuacji, która pojawia się w naszym życiu. Przykładowo: śmierć bliskiej osoby, wypadek samochodowy czy niespodziewane odejście małżonka może powodować wystąpienie u Ciebie objawów kryzysu. Więcej informacji o tym, w jaki sposób dzielimy kryzysy i do jakiej grupy można je przypisać, znajdziesz w rozdziale 4., „Rodzaje kryzysów”.

Z życia wzięte

Marcin (48 lat) mieszkał z żoną Darią (41 lat) i córką Hanią (16 lat), tworząc zgodne małżeństwo. Bywały oczywiście chwile trudniejsze, jak w każdej relacji, ale wydawało mu się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wyrażenie „wydawało mu się” ma tu kluczowe znaczenie, jako że któregoś dnia ni stąd, ni zowąd żona poinformowała go o tym, że odchodzi. Marcin nie mógł uwierzyć w to, co się działo. Sytuację pogarszał fakt, że Daria nie uargumentowała w żaden sposób swojej decyzji, tylko spakowała rzeczy i opuściła ich wspólny dom. Szok Marcina był tak duży, że mężczyzna przez wiele miesięcy zaprzeczał odejściu żony, próbując ją odzyskać. Niestety bezskutecznie. Codziennie zadręczał się i zadawał sobie pytania: „Co mogłem zrobić inaczej?”, „A gdyby to?”, „A gdyby tamto?”, obarczając się całkowitą winą za rozpad związku. Emocje, których doświadczał, były tak silne, że miał czasem wrażenie, że nie wytrzyma bólu, a objawy w ciele tak mocno doskwierające, że przestał normalnie funkcjonować, wycofał się z życia prywatnego i zawodowego. Początkowy kryzys z towarzyszącym mu ogromnym poczuciem winy, lęku, żalu i ciągłej nadziei, że Daria powróci, „rozlał” się na inne sfery życia Marcina, dręcząc go przez lata. Do mojego gabinetu trafił po trzech latach od zaistnienia traumatycznej dla niego sytuacji, jakby dopiero wówczas dając sobie szansę na powrót do normalnego życia.

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Kryzys to nie koniec” Renaty Myczki.[/badge]

inne

Wpływ biegania na organizm

26 września 2017

„W tym podrozdziale chciałbym poruszyć aspekty związane z tym, w jaki sposób bieganie wpływa na nasz organizm.

Jakie właściwie korzyści odnosi osoba, która decyduje się na to, aby zacząć biegać?

Korzyści jest mnóstwo. Tak wiele, że prawdopodobnie nie zdołam ich tutaj wszystkich wymienić.

Zacznijmy od tego, że bieganie jest rodzajem aktywności fizycznej, podczas wykonywania której zaangażowane jest całe Twoje ciało. Pracują Twoje ręce, no i oczywiście nogi.

Oprócz tego, zawsze kiedy stawiasz kolejny krok, włączają się mięśnie tułowia z przodu, z boku oraz z tyłu. Mięśnie te są nazywane rdzeniem (ang. core) odpowiedzialnym za prawidłowe utrzymywanie naszej sylwetki i pełnią funkcję (a przynajmniej powinny) stabilizacyjną.

Bieganie nie angażuje tylko zewnętrznych członków Twojego ciała. Pobudza ono także układy w jego wnętrzu. Mam tutaj na myśli szczególnie jeden układ. Układ sercowo-naczyniowy. Kiedy zaczynasz biec, naturalną reakcją Twojego organizmu jest stopniowy wzrost tętna. Serce zaczyna szybciej pracować. Liczba uderzeń wzrasta w zależności od intensywności wysiłku fizycznego.

Załóżmy, że biegniesz stałym tempem, a subiektywnie odczuwana przez Ciebie intensywność wysiłku jest równa intensywności umiarkowanej. Bieg w takim tempie spowoduje, że po pewnym czasie (5 – 10 min) praca Twojego serca przestanie wzrastać i uplasuje się na mniej więcej stałym poziomie. Kiedy jednak przyśpieszysz, zmieniając automatycznie w ten sposób intensywność biegu, to rytm Twojego serca ponownie zacznie wzrastać, co jest całkowicie logiczne i zgodne z działaniem ludzkiej fizjologii.

Bardzo istotnym elementem biegania jest to, że to Ty odpowiadasz od początku do końca za intensywność swojego biegu. Kiedy bowiem odczuwasz, że biegniesz zbyt szybko, w każdym momencie możesz zwolnić tempo. Kiedy natomiast masz wrażenie, że biegniesz zbyt wolno, możesz przyśpieszyć. Dzięki tej właściwości biegania stajesz się panem swojego losu podczas treningu biegowego.

Kiedy przyśpiesza funkcjonowanie Twojego układu sercowo-naczyniowego, oznacza to, że organizm pracuje znacznie szybciej niż dotychczas. Jest to równoznaczne ze zwiększeniem tempa przemiany materii. Dzięki szybszej przemianie materii spożyte przez Ciebie kalorie spalane są w sposób szybszy i bardziej efektywny. To uniwersalna zasada, która dotyczy właściwie każdego rodzaju wysiłku fizycznego. Właśnie dlatego osobom otyłym i z nadwagą w pierwszej kolejności zaleca się zmianę stylu życia poprzez wprowadzenie dowolnego rodzaju aktywności fizycznej, która zmieni tempo przemiany materii na wyższe, dzięki czemu dzienny wydatek energetyczny będzie większy. A zwiększony wydatek energetyczny, przyśpieszona przemiana materii oraz zbilansowana dieta ze zredukowaną podażą kalorii sprawią, że dana osoba odzyska szczupłą sylwetkę, zdrowie oraz dobre samopoczucie.

Bieganie ma wpływ także na to, jak się czujemy. W slangu biegaczy istnieje pojęcie euforia biegacza. Właściwie to pojęcie takie nie istnieje tylko w slangu biegaczy. Dzisiaj jest to pojęcie stosowane także przez naukowców.

Czym jest euforia biegacza?

To stan występujący u biegacza, który charakteryzuje się świetnym samopoczuciem oraz subiektywnym odczuciem posiadania niesamowicie ogromnej ilości energii. Stan ten pojawia się zwykle podczas biegu (u mnie na 7. – 10. km) lub bezpośrednio po biegu i potrafi się utrzymywać przez trzy – cztery godz. po wysiłku fizycznym.

Skąd bierze się euforia biegacza?

Okazuje się, że bieganie miesza w naszych hormonach. Aby być bardziej dokładnym, powinienem napisać, że bieg przyczynia się do zwiększenia wydzielania tzw. hormonów szczęścia, czyli endorfin.

Istnieje kilka hipotez dotyczących tego, dlaczego bieganie wywołuje taki efekt wydzielania hormonów w naszym mózgu. Myślę jednak, że badacze wciąż nie mają jeszcze pewności co do tego, dlaczego właściwie tak się dzieje. Biegaczy jednak zupełnie to nie obchodzi. Oni bowiem cieszą się, że mogą ten stan odczuwać zawsze podczas lub po treningu. Niektórzy twierdzą, że ten stan uzależnia niczym narkotyk. I mają rację.

Dlaczego?

Ponieważ biegacz zachowuje się w pewnym sensie (oczywiście w przenośni) jak alkoholik lub narkoman, który musi sięgnąć po kolejny kieliszek lub kolejną działkę narkotyku. Narkoman antycypuje stan będący efektem spożycia konkretnego narkotyku. Alkoholik antycypuje stan braku napięcia psychicznego będący efektem wypicia odpowiedniej dawki alkoholu. Biegacz natomiast antycypuje przyjemny stan euforii będący efektem biegu trwającego określoną ilość czasu.

Wszystko się zgadza, prawda?

Wszystkie trzy grupy mają swoje oczekiwania i wszystkie trzy grupy stworzyły trzy bardzo różne nawyki, które umożliwiają im osiągnięcie upragnionego przez nich stanu.

W tym miejscu warto jednak zwrócić uwagę na to, że dwa z trzech nawyków wymienionych powyżej są destrukcyjne. To znaczy, że przyczyniają się do totalnej demolki życia osób, które wpadną w ich sidła. Osoby takie tracą zdrowie psychiczne oraz fizyczne, a po kilku latach praktyki stają się istnymi ludzkimi wrakami, o ile nałóg wcześniej ich nie zabije. Dotyczy to szczególnie uzależnienia od twardych narkotyków, takich jak heroina.

Bieganie, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych, stanowi nawyk budujący, który nie ma nic wspólnego z destrukcyjnością. Oprócz tego, że konserwuje nasze ciało i opóźnia procesy starzenia, wywołuje także wyżej wspomniany niesamowity efekt euforii biegacza. Osoby, które regularnie biegają, mogą liczyć na wiele innych wartościowych profitów dla swojego organizmu. Bieganie wywołuje bowiem w ciele pozytywne zmiany powysiłkowe, które utrzymują się długo po zakończeniu wysiłku fizycznego.

Myślę, że do najważniejszych tego typu cech można zaliczyć obniżenie ciśnienia tętniczego krwi. Jest to z pewnością przydatna informacja dla osób, które zmagają się ze zbyt wysokim ciśnieniem. Nadciśnienie tętnicze występuje obecnie w społeczeństwie tak często, że zostało uznane za chorobę cywilizacyjną XXI w. Problem ten dotyczy szczególnie krajów dynamicznie się rozwijających oraz tych już mocno rozwiniętych, w których ludzie żyją w nieustannym pośpiechu i w stanie chronicznie utrzymującego się na wysokim poziomie stresu.

Zmiany w poziomie ciśnienia można zauważyć już bezpośrednio po samym wysiłku fizycznym. Początkowo u biegaczy, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tym sportem, zmiany te będą pewnie utrzymywały się nieco krócej. Jeżeli jednak osoby te wytrwają i systematycznie będą uprawiały bieganie, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że tak jak dotychczas mieli oni nadciśnienie, tak po pewnym czasie systematycznego treningu tlenowego ich ciśnienie powróci do wartości odpowiednich, czyli zdrowych.”

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Medytuj, jedz i biegaj” Adriana Gostomskiego.[/badge]

inne

BEZ SENTYMENTÓW. PRZYJAŹŃ, WSPÓŁCZUCIE, DOBRA WOLA I OBOJĘTNOŚĆ — ŚCIEŻKI DO OCZYSZCZENIA UMYSŁU (JS I.33)

22 sierpnia 2017

„Jedno z tradycyjnych spojrzeń na strukturę Jogasutr mówi, że Patańdźali przedstawia w swoim dziele trzy zasadnicze metody dla trzech typów uczniów. Pierwsza grupa uczniów to ci, którzy w zasadzie z natury mają spokojny i skoncentrowany umysł. Według tego spojrzenia praktykę dla nich — nakierowaną na utrzymanie tego stanu i pogłębienie go — przedstawia pierwszy rozdział Jogasutr (Samadhi pada). Druga grupa uczniów to tacy, którzy są najbardziej zaburzeni — brakuje im umiejętności koncentracji, rządzą nimi negatywne tendencje (kleśe), nad którymi zupełnie nie panują. Dla nich, według tej interpretacji, zalecaną przez Patańdźalego metodą jest krija joga (joga w formie działania), przedstawiona na początku drugiego rozdziału traktatu. Współczesnym odpowiednikiem praktyki dla takich osób w naszej kulturze jest psychoterapia grupowa. Wreszcie trzecia, największa grupa uczniów to ci, którzy nie należą ani do pierwszej, ani do drugiej z powyższych grup. Ich umysły nie są cały czas spokojne i skoncentrowane, ale też uczniowie ci potrafią już w pewnym stopniu panować nad sobą i mają podstawowe zdolności koncentracji. Dla tych uczniów przeznaczona jest główna metoda Patańdźalego — joga ośmioczłonowa.

Ta interpretacja, reprezentowana m.in. przez aczarję Śrivatsę Ramaswamiego, jest bardzo interesująca, szczególnie jeśli nie traktujemy jej zbyt dosłownie. W rzeczywistości trudno w sposób analityczny oddzielić od siebie te metody, gdyż żywe doświadczenie jest chaotyczne i nie ma odpowiedniej struktury. Niewątpliwie metoda zaprezentowana w pierwszej padzie traktatu, nazywana czasem nirodha jogą, stanowi pewną całość logiczną, tak samo jak krija joga i astanga joga (joga ośmioczłonowa). Tak jak napisałem powyżej, strategia pracy zaprezentowana w pierwszym rozdziale dzieła Patańdźalego sprowadza się do pewnej „technologii” utrzymania stanu spokoju umysłu i pogłębienia go. Zasadniczym elementem tej technologii jest omówiona w poprzednim rozdziale metoda vairagji i abhjasy, ale bardzo istotne są również przedstawione przez Patańdźalego sposoby oczyszczenia umysłu. Szczególne znaczenie w tych technikach mają cztery postawy, które są zalecane do kultywowania.

W sutrze I. 33 przeczytamy: Umysł zostaje oczyszczony poprzez kultywowanie przyjaźni w stosunku do tych, którzy są szczęśliwi, współczucia dla tych, którzy cierpią, dobrej woli w stosunku do osób prawych i obojętności w stosunku do tych, których postrzegamy jako złych [maitrikarunamuditopeksanam sukhaduhkhapunyapunyavisayanam bhavanatas cittaprasadanam].

Wjasa komentuje tę sutrę w następujący sposób (Jbh I.33): Spośród tych czterech należy pielęgnować życzliwość (maitri) dla wszystkich istot żyjących, gdy je spotkało doznanie szczęścia; współczucie (karuna) — dla nieszczęśliwych, zadowolenie (mudita) z dobrych, tolerancję (upeksa) dla mających zły charakter. U tego, który pielęgnuje je w ten sposób, (…) umysł (citta) oczyszcza się. Budda również odnosi się do tej koncepcji w Mahaparinirwana Sutrze: Wielka Życzliwość i Wielkie Współczucie są Naturą Buddy. Najwyższa Radość i Wielka Równość są Naturą Buddy.

Teoretycznie instrukcja Patańdźalego i komentarz Wjasy wydają się proste, ale prześledźmy przez chwilę faktyczny sposób funkcjonowania umysłu. Gdy widzimy kogoś szczęśliwego, często nie budzi to naszej radości i życzliwości, lecz zwykłą zazdrość i zawiść. Gdy spotkamy kogoś w gorszej od nas sytuacji, zamiast współczucia czujemy ulgę, że nie jesteśmy na jego miejscu. W ten sposób funkcjonuje umysł, który nie został poddany kontroli, i dlatego właśnie jest tak niespokojny. Gdy czytamy powyższe zdania z pewnej perspektywy, łatwo nam orzec, że opisują one zachowanie chorego umysłu. Jednak w realnych sytuacjach, porwani określonymi impulsami czy emocjami, działamy właśnie w ten sposób.

Patańdźali zaleca kultywowanie postawy przyjaźni (w buddyzmie ten termin ma nieco inne konotacje) tylko wobec tych osób, które są szczęśliwe.

Dla wielu osób podejście takie może się wydać okrutne. Jednak Patańdźali, ukazując praktykę, którą trzeba wykonać, nie kieruje się sentymentami i nie odwołuje się do pojęć „dobry” czy „zły”. Praktyki prezentowane w Jogasutrach znajdują się tam wyłącznie ze względu na ich działanie na stan umysłu, a nie ze względu na kategorie takie jak „piękno”, „dobro” etc. Przyjaźń w tym kontekście (w kontekście praktyki, a nie w kontekście społecznym) oznacza przebywanie na tym samym poziomie co druga osoba. Strategia, jaką sugeruje tu Patańdźali, to przebywanie w towarzystwie osób bardziej spokojnych, bardziej harmonijnych, bardziej uważnych, aby nasz umysł mógł absorbować te jakości. Tak pojęta praktyka maitri w niektórych szkołach jogi kulminuje się w koncepcji satsangi. (Sat w sanskrycie oznacza prawdę, sanga — towarzystwo, zgromadzenie). Satsanga jest przebywaniem wśród osób o tym samym, wysokim ideale lub w obecności nauczyciela. Śankara napisał w dziele Bhaja Govinda Stotram (pieśń 9): Satsanga przynosi nieprzywiązanie, z nieprzywiązania przychodzi wolność od złudzeń, która prowadzi do ustanowienia się w Jaźni. Ustanowienie się w Jaźni przynosi uwolnienie duszy. Jeszcze większe znaczenie przypisuje się sandze (wspólnocie) w buddyzmie — jest jednym z tzw. trzech klejnotów.

Wobec osób nieszczęśliwych, cierpiących Patańdźali zaleca rozwijać postawę współczucia. Tak jak napisałem powyżej, przyjaźń (maitri) w tym kontekście to przebywanie (lub dążenie do przebywania) w tym samym stanie co druga osoba. Gdy ktoś rozpacza, nie pomoże mu, gdy usiądziemy obok niego i też zaczniemy płakać. Współczucie nie jest tym samym co litość. Litość zawiera w sobie poczucie wyższości, a współczucie jest całkowicie wolne od wszelkiej pychy i egoizmu. Nie jest ani litością, która zawiera w sobie pewną radość z tego, że sami nie jesteśmy w czyimś położeniu, ani współcierpieniem z kimś. Nie należy współczucia mylić z empatią. Dalajlama powiedział w jednym ze swoich przemówień: Prawdziwe współczucie nie jest reakcją emocjonalną, lecz mocnym zobowiązaniem opartym na zrozumieniu. Dlatego prawdziwie współczujący stosunek do innych nie zmienia się, nawet jeśli zachowują się oni w sposób negatywny. Dlatego też współczucie musi być oparte na dogłębnym zrozumieniu drugiej osoby,
zrozumienie zaś — na procesie doświadczania, a nie na racjonalizacji. Współczucie nie jest związane z pobłażaniem ani przesadną surowością. Współczuciem powinien się kierować nauczyciel, nauczając swojego ucznia. Gdy jego działania wynikają ze współczucia, wtedy są dobre dla ucznia, gdy zaś działanie nauczyciela wynika z innych pobudek, np. pychy — będzie szkodził swojemu uczniowi.

Warto także pamiętać, że współczucie nie jest równoznaczne z chęcią zbawiania innych. Owa chęć pojawia się przecież z subtelnego poczucia własnej wyższości, z subtelnej, ukrytej pychy i egoizmu. Rozwój współczucia jest związany z rozwojem umiejętności obserwacji i widzenia, z rozwojem uważności.

Kolejna instrukcja, którą podaje Patańdźali, to rozwijanie dobrej woli w stosunku do osób cnotliwych, prawych. Gdy pochwali się czyjeś dokonania, czyjąś niezachwianą postawę, zawsze znajdzie się wielu krytyków, którzy zaczną wynajdywać braki chwalonej osoby. Ludzie zazwyczaj nie mogą uwierzyć, że ktoś jest rzeczywiście pełen zalet. Problem polega na tym, że gdy krytykujemy osobę prawą, nasz umysł rozumie to de facto jako krytykę prawości jako takiej. Gdy skrytykowana jest idea prawości, w dużej mierze pozbawiamy się punktu oparcia w naszym rozwoju, a otwieramy furtkę dla rozmaitych gier umysłu. Stąd instrukcja Patańdźalego, który nakazuje okazywać dobrą wolę osobom, które wydają nam się prawe. Ponadto rozwijając mudita — dobrą wolę, radość wobec osób czyniących dobrze, wyzbywamy się zazdrości w stosunku do innych ludzi i ekscytacji w stosunku do własnych osiągnięć. Ekscytację uważa się w tradycji medytacyjnej za przeciwieństwo mudity, ponieważ stan ten świadczy o egoistycznym lgnięciu do przyjemnych doświadczeń i o ciągłym poczuciu nienasycenia.

Mimo że autor Jogasutr nakazuje nam kultywować postawę (współ)radości wobec osób prawych, nie poleca potępiać tych, których postrzegamy jako złych. Nakazuje natomiast obojętność względem nieprawości czy względem osób czyniących źle. Ta, na pierwszy rzut oka dziwna, instrukcja wiąże się z doskonałą znajomością dynamiki funkcjonowania umysłu: gdy potępiasz zło, gdy walczysz ze złem, tak naprawdę czynisz je przedmiotem swojej koncentracji, wzmacniając negatywne oddziaływanie na swój umysł. Fryderyk Nietzsche napisał: Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać o to, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas.

Swami Muktananda w swojej książce Dokąd idziesz? Przewodnik podróży duchowej opowiada indyjską historię o świętym i prostytutce, która to historia pośrednio ilustruje zasadność praktyki upekshanam (obojętności wobec nieprawości), a zarazem maitri.

W pewnym mieście w Indiach żył sobie sadhu. Był bardzo szanowany, a wśród jego uczniów znajdowało się wielu królów, artystów, uczonych i innych ważnych ludzi. Sadhu ten bardzo surowo przestrzegał reguł czystości. (…) Mieszkał na pierwszym piętrze swojego domu, a na tym samym piętrze w domu naprzeciwko mieszkała prostytutka. Dzień w dzień prostytutka wykonywała swój zawód (…), a chociaż sadhu przestrzegał celibatu i czystości, miał obsesję na punkcie sąsiadki. (…) Przez cały dzień obserwował prostytutkę, myśląc, jaka jest zła i grzeszna. (…)

Ale kiedy ta prostytutka miała trochę wolnego czasu, patrzyła na sadhu i przepełniała ją skrucha. Myślała: „Jaki on jest czysty i święty. A popatrzcie na mnie, w jakiej podłej jestem kondycji. Niestety! Nie ma dla mnie nadziei”.

Tak minęło wiele lat i pewnego dnia oboje umarli. Sadhu umarł otoczony przez swoich uczniów i wyprawiono mu pogrzeb z wielkimi honorami (…). Prostytutka natomiast umarła w samotności i nikt nie wiedział o jej śmierci, dopóki ciało nie zaczęło cuchnąć. W końcu przybyli urzędnicy miejscy i rozsypali w jej mieszkaniu DDT. Później wytaszczyli ciało i pogrzebali je bez żadnych ceremonii.

Dusze sadhu i prostytutki udały się na tamten świat, do biura paszportowego dharmy — prawości. Zbadano ich kartoteki i oboje dostali karteczki ze wskazaniem, dokąd mają się udać. Na karteczce prostytutki napisane było „niebo”, a na karteczce sadhu „piekło”. Sadhu był okropnie zdenerwowany: „Czy to jest sprawiedliwość? — krzyczał. — Posyłacie wstrętną prostytutkę do nieba, a czystego człowieka, takiego jak ja, do piekła! Jak zamierzacie to wytłumaczyć?”.

Urzędnik paszportowy (…) wyciągnął akta z kartoteki i pokazał je sadhu. „To prawda, że utrzymywałeś ciało w wielkiej czystości, że wykonywałeś wiele obrządków i praktyk religijnych. Dlatego kiedy umarłeś, twoje ciało zostało potraktowane z najwyższym szacunkiem i pogrzebane z wielkimi honorami. Ale oto jest sprawozdanie z tego, o czym myślałeś. Dzień po dniu nie przestawałeś myśleć [o prostytutce]: »Co za wstrętna kreatura. Jest taka zepsuta. Popatrzcie na tych wszystkich mężczyzn, którzy ją odwiedzają«”. Następnie wyciągnął akta prostytutki. „Oto, o czym ona myślała. Codziennie mówiła sobie: »O sadhu, jesteś taki czysty i wzniosły. O święty sadhu, ratuj mnie. Zbaw mnie«. Oczywiście jej ciało spełniało nieczyste uczynki i w rezultacie zostało potraktowane bez szacunku i pogrzebane tak, jak grzebie się nędzarzy. Ale ponieważ jej myśli były wzniosłe i czyste, została posłana do nieba, a ty, ponieważ myślałeś o grzechu i zepsuciu, musisz iść do piekła”.

Upeksa jest ciekawym terminem — nie oznacza ani apatii, ani antagonizmu, ani ucieczki. Jest to po prostu obojętność bez żadnego nastawienia, żadnego osądu.

* * *

Patańdźali sugeruje również inne sposoby oczyszczenia świadomości:
* poprzez wydychanie i wstrzymanie oddechu po wydechu (JS I.34);
* dzięki kontemplowaniu przedmiotu, który pomaga utrzymać stabilność umysłu (JS I.35);
* dzięki doświadczeniu wolnemu od trosk i świetlistemu (JS I.36);
* dzięki skupieniu umysłu na osobach wolnych od pragnień (JS I.37);
* poprzez odtwarzanie doświadczeń snu z marzeniami sennymi lub snu głębokiego podczas stanu czuwania (JS I.38);
* poprzez kontemplację dowolnie wybranego przedmiotu prowadzącego do równowagi świadomości (JS I.39).”

Fragment pochodzi z książki „Psychologia jogi…”, której autorem jest Maciej Wielobób.

inne

Co daje (mi) medytacja?

21 sierpnia 2017

„To dobre pytanie. Wielu guru od medytacji twierdzi, że jeżeli podchodzisz do praktyki medytacyjnej z wielkimi oczekiwaniami niesamowitych rezultatów, to już na starcie znajdujesz się na straconej pozycji. Medytacja jest procesem, w którym łatwo określić i dostrzec jego początek, natomiast koniec jest niedostrzegalny. Ten proces po prostu nigdy się nie kończy.

Moja przygoda z medytacją zaczęła się jakieś trzy lata temu. Był to ostatni rok studiów fizjoterapii, kiedy to intensywnie pochłaniałem różnego rodzaju lektury z wszelakich dziedzin, w tym te z dziedziny duchowości.

Dzisiaj, chcąc odpowiedzieć na pytanie: „Co dała mi medytacja?”, mogę powiedzieć tak: „Medytacja dała mi niesamowicie wiele. Przede wszystkim wyostrzyła mój zmysł skupienia uwagi na konkretnym aspekcie otaczającej mnie rzeczywistości. Sprawiła, że silniej panuję nad własnymi emocjami w trudnych sytuacjach oraz lepiej radzę sobie z pojawiającą się czasami presją. Po tych latach praktyki odnoszę także wrażenie, że wpłynęła ona na poprawienie moich umiejętności nie tyle kreowania, ile rozpoznawania tworzenia się procesów związanych z kreatywnością i pomysłowością”. Dzisiaj więc mogę już z czystym sumieniem powiedzieć, że facet z TED Talks mówił o medytacji całkiem do rzeczy, a jego badania mają odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Weź pod uwagę to, że moje wnioski nie są bezpodstawne. Mam bowiem świadomość tego, jaką postawę reprezentowałem przed rozpoczęciem praktyki medytacyjnej. Wiem, jakim człowiekiem byłem wtedy, jakie były moje słabe strony i z czym zmagałem się na co dzień.

Na początku postanowiłem, że będę to robił z nastawieniem, do jakiego namawiają liczni mistrzowie praktyki, czyli: nie będę oczekiwał żadnych efektów — a przynajmniej bardzo się starałem, aby tak było.

Zaczynałem od bardzo krótkich czasów medytacji. Początkowo było to 5 min. Moim głównym celem na starcie było to, aby wypracować sobie nawyk siedzenia w ciszy. Wiedziałem, że kiedy już stworzę nawyk choćby kilkuminutowej medytacji, to manipulacja czasem jej trwania w późniejszym okresie będzie rzeczą łatwą do zmiany.

I rzeczywiście tak było. Mimo wszystko początki były trudne: a to pozycja była niewygodna, a to głowę zalewało tysiąc różnych myśli. Nie zważałem jednak na tego typu rzeczy. Miałem bowiem świadomość, jak wygląda proces kształtowania nawyku. Posiadam mentalność sportowca i wiedziałem, że z medytacją będzie podobnie jak
z wyrabianiem nawyku uprawiania aktywności fizycznej.

Na początku jest zwykle trudno. Po pierwszych treningach boli całe ciało, co jest wynikiem mikrourazów mięśniowych będących efektem treningu fizycznego. To sygnał, że mięśnie się budzą. Z czasem jednak ciało adaptuje się do bodźca, który mu serwujesz w postaci treningu fizycznego na siłowni lub treningu biegowego. Wynikiem tej adaptacji jest znaczne zmniejszenie natężenia uczucia bólu po każdym kolejnym treningu. W procesie treningowym i ogólnie w procesie kształtowania nawyków może także nastąpić zwiększenie psychicznej tolerancji na ból, w wyniku czego w miarę upływu czasu jesteś w stanie zaakceptować pewną dawkę bólu podczas treningu, mając jednocześnie świadomość, że ból, który odczuwasz, to wynik mocniejszego niż zwykle bodźca treningowego, jaki właśnie otrzymało Twoje ciało. To z kolei jest dla Ciebie informacją, że zaserwowałeś swoim mięśniom coś zupełnie nowego, dzięki czemu istnieje spora szansa na progres.

Tak to funkcjonuje w sporcie. Podobnie dzieje się także w innych sferach życiowych niekoniecznie związanych ze sportem.

Tak też było w przypadku mojej adaptacji do procesu medytacyjnego. Po krótkim okresie praktyki (kilka dni) 5 min medytacji nie stanowiło już dla mnie (i mojego ciała) żadnego problemu, a czas mijał mi niesamowicie szybko. Tak jak przewidywałem, ta adaptacja mojego ciała i umysłu w sposób niemal naturalny wymogła na mnie podniesienie sobie poprzeczki poprzez wydłużenie czasu praktyki.

W historii swojej dotychczasowej praktyki medytacyjnej miewałem okresy, w których medytowałem po 15, 30, 45, a nawet 60 min podczas jednej sesji. Dziś moja praktyka wygląda tak, że robię to dwa razy dziennie. Pierwszą sesję odbywam bardzo wcześnie rano i trwa ona dokładnie tyle, ile zabiera mi przebiegnięcie 5 km. Pewnie się teraz zastanawiasz: Pięć kilometrów? O czym on w ogóle mówi? To prawda. Właśnie tyle trwa moja poranna sesja medytacyjna, którą łączę z bieganiem. Drugą sesję przeprowadzam przed snem i trwa ona dokładnie 15 min. Ta sesja jest przeprowadzana w pozycji kwiatu lotosu z wykorzystaniem maty, na której siedzę podczas mojej praktyki.”

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Medytuj, jedz i biegaj” Adriana Gostomskiego.[/badge]

inne

To, co jesz, ma znaczenie

9 sierpnia 2017

„To, co jesz, naprawdę ma znaczenie.

Pewnie słyszałeś już przysłowie, które mówi: „Jesteś tym, co jesz”. Przypomniało mi się przy tej okazji pewne zdjęcie, które zauważyłem swego czasu w internecie. Właściwie były to dwa zdjęcia. Na jednym z nich był mężczyzna, który siedział na ławce ubrany w żółtą bluzę z kapturem i szarobrązowe spodnie dresowe. Mężczyzna ten miał sporą otyłość. Mógł ważyć jakieś 145 kg przy wzroście ok. 185 cm. Obok zdjęcia tego mężczyzny było przedstawione inne zdjęcie, w zamyśle autora kolażu mające stanowić kontrast w danym kontekście. Był to zimny lód gałkowy. Gałka była koloru żółtego, a wafel, do jakiego była włożona gałka, miał kolor podobny do koloru spodni dresowych mężczyzny, który widniał na zdjęciu obok. Pod obiema fotografiami widniał napis wielkimi drukowanymi literami. JESTEŚ TYM, CO JESZ. Efektem spoglądania na te fotografie w pierwszej kolejności jest wybuch śmiechu u osoby, która na nie patrzy. W tym samym momencie w głowie widza powstaje także refleksja, że podpis, który widnieje pod tymi fotografiami, jest w istocie prawdą.

Oczywiście nie chodzi o to, aby traktować powyższe przysłowie zbyt dosłownie. Nie zamienisz się bowiem w lody w wyniku tego, że lody spożywasz (chyba się nie zamienisz). W tym przysłowiu chodzi o to, że właściwości produktów, które spożywasz, mają wpływ na to, jak wygląda Twoja sylwetka. Ma bowiem znaczenie, czy na obiad zjesz frytki i hamburgera ze słynnej restauracji na M, czy może przyrządzony samodzielnie w domu posiłek, w którym znajdują się świadomie wybrane przez Ciebie wartościowe produkty spożywcze.

Niektóre osoby z nadwagą lub otyłością twierdzą, że otyłość mają w genach. Mówią, że mają tendencję do tycia i tym podobne rzeczy. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to nie wierzę w ani jedno takie usprawiedliwienie. Nie chcę przez to powiedzieć, że neguję tendencje genetyczne. Nie. Chcę przez to powiedzieć, że człowiek nie jest w stanie zmienić czegoś, na co nie ma wpływu. Nie ma on bowiem wpływu na to, jakie geny otrzymał od swoich rodziców.

Dlaczego więc taki człowiek skupia się na rzeczach, których nie jest w stanie zmienić?

Taka wewnętrzna postawa osoby mającej problemy z nadwagą lub otyłością powoduje, że robi ona z siebie ofiarę, której taki już los, aby nadwagę lub otyłość posiadać. Bo takie właśnie geny otrzymała i nie jest w stanie zmienić tego stanu rzeczy.

To czysty absurd. Internet obecnie pęka w szwach od osób, które chwalą się publicznie metamorfozą w obrębie swojej fizyczności. Chwalą się tym, ponieważ rzeczywiście jest czym się chwalić, kiedy osoba, która ważyła 130 kg, schodzi nagle do wagi 90 kg.

Jak myślisz, dlaczego taka osoba osiągnęła sukces?

Ponieważ na pewnym etapie postanowiła zrezygnować ze stawiania siebie w roli ofiary.

Osoba ta postanowiła nie zrzucać już więcej winy na genetykę czy tendencję do przybierania na wadze. Przestała skupiać swoją uwagę na tym, na co nie ma żadnego wpływu. Zaczęła natomiast używać swojego boskiego narzędzia, jakim jest uwaga, do skupiania się na rzeczach, które jest w stanie zmienić. Zaczęła skupiać się na rzeczach, nad którymi ma kontrolę. Jak wszyscy wiemy, to, na czym skupiamy naszą uwagę, rośnie. Każdy z nas ma bowiem wpływ na to, ile razy w tygodniu pojawi się na siłowni. Każdy z nas ma wpływ na to, ile razy w tygodniu pójdzie pobiegać. I wreszcie każdy z nas ma wpływ na to, co będzie jadł podczas całego dnia, tygodnia, roku, a nawet kilku najbliższych lat. Wszystkie te rzeczy znajdują się pod naszą kontrolą i to od nas zależy, co wybierzemy.”

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Medytuj, jedz i biegaj” Adriana Gostomskiego.[/badge]

inne

PRAKTYKI KONCENTRACYJNO-MEDYTACYJNE (JS III.1 – III.4)

13 czerwca 2017

„Praktyki koncentracyjno-medytacyjne w jodze określa się wspólnym mianem samjama (JS III.4). Dharana (koncentracja), dhjana (medytacja) i samadhi są kolejnymi etapami samjamy. Praktyki te są sednem jogi. O ile wiele systemów jogi doskonale sprawdza się bez asan czy pranajamy, o tyle nie ma systemu jogi, który nie odwoływałby się do praktyk będących odpowiednikiem samadhi.

Patańdźali uwzględnia pewną dynamikę w rozumieniu rozwoju praktyki koncentracji, dlatego przedstawia następujące definicje, wydzielając dla celów poznawczych pojęcia koncentracji, medytacji i samadhi:

Koncentracja jest zogniskowaniem umysłu na jednym obiekcie [deśabandhanaś cittasya charana] (JS III.1).
Medytacja zachodzi, gdy proces koncentracji jest jednostajnie i bez wysiłku utrzymywany przez dłuższy czas [tatra pratyayaikatanata dhyanam] (JS III.2).
W samadhi umysł (świadomość empiryczna) przejmuje właściwą naturę przedmiotu koncentracji (przedmiot i podmiot zlewają się w jedno) [tadevarthamatranirbhasam svarupaśunyam iva samadhih] (JS III.3).

Temat koncentracji i medytacji jest trudny do opisania. Z jednej strony procesy medytacyjne są proste w swoim mechanizmie, a z drugiej strony bywają czasem bardzo intymne. Doświadczenia psychologiczne związane z medytacją nie są przedmiotem zbiorowego omawiania na zasadzie grupy terapeutycznej, jednak warto dzielić się pewnymi wglądami, ponieważ wokół tego terminu narosło wiele nieporozumień. Dlatego też pozwalam sobie na poniższe dwa słowa, które proszę traktować raczej jako skromny przypis (a nie próbę komentarza) do powyższych fragmentów Jogasutr.

Gdy patrzymy na konstrukcję głównej metody Patańdźalego — jogi ośmiostopniowej — widzimy, jak poprzez praktykę umysł musi przejść drogę od złożoności do prostoty. Wbrew powszechnemu mniemaniu medytacja jest bardzo prosta (co nie oznacza, że łatwa!) i właśnie dlatego stanowi taką trudność dla naszego, zaplątanego w swojej grze, umysłu. Patańdźali prowadzi adeptów jogi drogą od stosunkowo bardziej złożonych praktyk: jamy i nijamy (które pozwalają „zarządzać” swoimi relacjami z innymi i z samym sobą), poprzez asanę, pranajamę, pratjaharę, do praktyk samjamy.

Na podstawie koncepcji umysłu w jodze, która została przedstawiona w rozdziale 2., można wytłumaczyć mechanizm procesu koncentracji i medytacji w następujący sposób: medytacja na danym przedmiocie koncentracji wyzwala samskarę (wrażenie) spokoju umysłu, która stopniowo usuwa inne samskary. Dlatego bardzo istotna jest rola pratjahary jako przygotowania do medytacji. Pratjahara uczy obojętności na bodźce z zachowaniem uważności. W medytacji oprócz koncentracji na wybranym przedmiocie oczywiście pojawiają się inne bodźce, które muszą być traktowane z obojętnością, a gdy umysł „ucieka” do tych wrażeń, musi być bez poczucia winy przywracany do skupienia na przedmiocie koncentracji. Te (czasami dosyć dziwaczne) wrażenia, które pojawiają się w trakcie medytacji, to właśnie różnorakie „schodzące” samskary. Gdy przenosimy naszą uwagę na nie, utrwalamy je i pozwalamy im zamieniać się na myśli, emocje etc. (poruszenia umysłu — cittavritti), zaś gdy pozostajemy z umysłem zogniskowanym na przedmiocie medytacji, uwalniamy się od nich (uwaga: pojawiających się wrażeń nie wypieramy, ale też nie przenosimy na nie uwagi, która zostaje skoncentrowana na przedmiocie medytacji!).

Z zacytowanych sutr Patańdźalego oraz z powyższych rozważań wynika, że zasadniczym elementem praktyk samjamy w jodze jest wybranie (a najlepiej otrzymanie od nauczyciela) przedmiotu koncentracji i przykucie do niego uwagi. Są oczywiście różne „szkoły medytacji”, które proponują rozmaite techniki medytacyjne, jednakże wszystkie one sprowadzają się do wyboru określonego przedmiotu koncentracji i skoncentrowania umysłu na tym wybranym obiekcie. Analiza jogicznej koncepcji umysłu pokazuje, że przedmiotem koncentracji może być w zasadzie każda rzecz, która będzie wytwarzała samskarę (wrażenie) spokoju umysłu. Często stosowane przedmioty koncentracji to: oddech, mantra, wizualizacja, wizerunek nauczyciela, wizerunek bóstwa, dźwięk, miejsce w ciele etc. Istotne jest jednak, aby po wybraniu lub otrzymaniu od nauczyciela odpowiedniego dla siebie przedmiotu koncentracji nie zmieniać go za każdym razem, gdy siadamy do praktyki. Szczególnie ważne jest to na pierwszym etapie, łatwiej jest bowiem umocnić koncentrację, gdy ogniskuje się uwagę na stałym przedmiocie (jednym i tym samym przez określony czas praktyki). Przez stosowanie jednego przedmiotu koncentracji możemy też obserwować rozwój zdolności umysłu do koncentracji.

W dalszej części traktatu Patańdźali stwierdza, że doskonalenie się w samjamie prowadzi do pojawienia się światła wiedzy (JS III.5), jak również, że proces doskonalenia się w ramach praktyk koncentracyjnomedytacyjnych następuje etapowo (JS III.6). W następnych sutrach Patańdźali podkreśla, że opisane tu procesy są wstępnym krokiem do samadhi bez zalążka (nirbija samadhi), w którym poprzez samskarę powściągnięcia (wrażenie spokoju umysłu) zostają zniszczone pozostałe samskary. Jogasutry zawierają również opis technik samjamy na konkretnych obiektach, które przynoszą określone, specjalne umiejętności (siddhi), jednakże Patańdźali ostrzega, że umiejętności te mogą być bardziej przeszkodą niż pomocą na ścieżce.”
[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Psychologia jogi…”, której autorem jest Maciej Wielobób.[/badge]

inne

Wygrywamy z wrogiem — pomagamy osobie w depresji

6 czerwca 2017

„W każdej chwili może się do nas zwrócić ktoś, kto ma kłopoty z własnymi emocjami. Może to być każdy — przyjaciółka z dzieciństwa, sąsiad, kolega z pracy. Bardzo dużo osób nie chce jednak, aby im pomagano. Kryją się ze swoją chorobą, nie chcąc, aby kiedykolwiek wydostała się na światło dzienne. Uważają, że to ich prywatne sprawy, i nie chcą angażować w nie innych. Boją się, że fakt, że sobie nie radzą, zostanie poczytany za słabość.

Niestety, bardzo dużo osób tak właśnie myśli, dlatego nie szuka pomocy. A często naprawdę niewiele trzeba, żeby takiej osobie zrobiło się lżej. Ktoś pewnie zaraz powie, że to frazes, ale niekiedy wysłuchanie osoby, która choruje na depresję, może jej wiele dać. To nie zlikwiduje problemu jako takiego, ale może dodać tej osobie otuchy.

Zwracam się teraz do Ciebie jako do osoby, która może pomóc. Nie myśl sobie, że się nie nadajesz, że tylko pogorszysz sprawę. Jeśli będziesz dobrym słuchaczem, skoncentrujesz się na tym, co mówi do Ciebie druga osoba, możesz przynieść wiele dobrego. Nie oceniaj, nie potępiaj, nie krytykuj. Wiesz dlaczego? Bo któregoś dnia Ty też możesz się znaleźć w takim miejscu. Wstyd się przyznać, ale byłam bardzo mało wyrozumiała dla słabości, dopóki mnie samej to nie spotkało. Teraz już wiem, że nie wolno takich osób wrzucać do jednego worka, oceniać ich i wydawać krzywdzących komentarzy. Depresja to choroba, która nieleczona może doprowadzić do myśli samobójczych. Nigdy nie wolno jej lekceważyć, niezależnie od tego, kogo z naszego otoczenia dotyka.

Od razu Ci powiem, że bycie dobrym słuchaczem nie jest łatwe, zwłaszcza jeśli na depresję cierpi bliska nam osoba. Wiąże się z tym tak duży ładunek emocjonalny, że często nie możemy słuchać rzeczy, o których mówi nam chory człowiek. Podczas tej rozmowy w naszej głowie rodzą się tysiące pytań i myśli, a każde z nich oddala nas od tej osoby.

Najbardziej niebezpieczna sytuacja jest wtedy, gdy wiemy, że stadium depresji jest bardzo zaawansowane (pojawiają się skłonności samobójcze, chory rzadko kiedy miewa dobre dni), a bliska nam osoba nie chce iść do lekarza. Niestety, to bardzo częsty przypadek. Co wtedy zrobić? Wiem, że to trudne, ale nie wolno odpuszczać, tym bardziej jeśli osoba chora jest dla nas bliska. Wiem, że przez to może zakończyć się przyjaźń, wiem, że narażamy się na agresję i gniew, lecz mimo wszystko trzeba walczyć o to, aby chory udał się do lekarza i z nim porozmawiał. Dobry lekarz z pewnością pomoże. Jeśli zostawimy taką osobę samą, to jej stan się od tego nie poprawi. Depresja się nie cofa. Depresja postępuje. Nasze postępowanie musi być nacechowane taktem i delikatnością na tyle, na ile to możliwe w danej sytuacji. Trzeba dać do zrozumienia choremu, że robimy to z troski o jego życie i zdrowie.

Drugą istotną kwestią jest sytuacja, w której słyszymy o chęci popełnienia samobójstwa. Nigdy tego nie lekceważ. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób tak mówi, żeby zwrócić na siebie uwagę, jednak przeważnie to jest wołanie o pomoc i nigdy nie wiesz, jak to się zakończy. Nie reaguj także lękiem i wycofaniem się. Taki człowiek powinien jak najprędzej udać się do specjalisty. Ludzie myślą o śmierci, gdy są smutni, źli, sfrustrowani. Często tacy ludzie nie widzą wyjścia i nie mają nadziei. Jeśli ta osoba jest wierząca, można jej zaproponować porozmawianie z księdzem. Na pewno nie wolno zostawić takiej osoby samej z własnym lękiem i poczuciem, że w jej życiu już nic lepszego się nie wydarzy. Nasza rola ponownie sprowadza się do słuchania i taktownej rozmowy.

Rozmowa i słuchanie kogoś, kto utracił wszelką nadzieję, są niezwykle trudne i wiele osób rezygnuje, tracąc zaangażowanie, nie czując się na siłach. Ludzie, którzy chorują na depresję, rzadko kiedy spotykają się ze zrozumieniem ze strony otoczenia. Bywa, że inni dziwią się, że ktoś może być tak przygnębiony, że nie ma siły wstać z łóżka, zwłaszcza gdy uważaliśmy go za osobę silną. Ponadto nie rozumiemy, czy depresja nie jest próbą zamaskowania faktycznego lenistwa (nie chce mu się pracować, więc mówi, że ma doła). Powoli osoby z otoczenia chorego zaczynają odczuwać frustrację i złość na to, że nie potrafi on poradzić sobie z własnymi emocjami. Chory bardzo często słyszy od bliskich osób słowa, których nigdy nie powinien był usłyszeć. Bliscy chcą zrozumieć taką osobę, lecz niejednokrotnie wykazują brak empatii i zrozumienia.

Brak wiedzy na temat depresji sprawia, że to słowo jest często nadużywane. Gdy ktoś mówi nam, że ma depresję, można usłyszeć, że ktoś inny też ją miał i udało mu się z niej wyjść. Otóż nie, z depresji nie wychodzi się tak łatwo jak z przeziębienia. Nie chodzi o chwilowe przygnębienie czy smutek. To jest taka sama różnica jak między smutkiem poporodowym a depresją poporodową. Smutek poporodowy to zaburzenie, które nie powinno się utrzymywać dłużej niż dwa tygodnie. Depresja poporodowa może być efektem nieleczonego smutku poporodowego i trwać latami, a nieleczona doprowadzić do psychozy. Taka jest właśnie różnica. Dlatego nie wolno bagatelizować, gdy ktoś mówi, że ma depresję, a my czujemy, że mówi prawdę, i widzimy, że od dłuższego czasu dzieje się z nim coś niedobrego.

Czego nie wolno mówić osobie, która choruje na depresję? Można wyróżnić kilka typowych zdań, które chyba każdy z nas choć raz w życiu usłyszał. Nikomu nie polepszają nastroju, a i tak wielu ludzi je stosuje, ponieważ uważa, że w ten sposób komuś pomoże. Niestety, tak nie jest.

„Ktoś ma gorzej niż ty”. Oczywiście jest to prawda. Niemal w każdej sytuacji jest ktoś, kto może mieć gorzej od nas. Mój mąż kiedyś powiedział, że jak ktoś mu rzucił taki tekst, to odpowiedział: „Jak mi źle, to mało mnie obchodzi, że dzieci w Afryce głodują”. Może jest to brutalne, ale prawdziwe. Jesteśmy egoistyczni i zazwyczaj gdy jest nam bardzo źle, nie myślimy, że ktoś gdzieś może mieć gorzej od nas. Skupiamy się na własnym bólu i cierpieniu. Takie rady tylko pogłębiają poczucie winy, ponieważ osoba chora może pomyśleć, że skoro są gdzieś ludzie, którym jest gorzej, to ona nie ma prawa się smucić, i będzie miała wyrzuty, że jednak to robi. Pomyśli sobie, że skoro się smuci, to musi być z nią coś nie tak, bo inni mają gorzej.

„Życie jest trudne”. Kolejna prawda, lecz nic nie wnosi. Nikt nam nie mówił, że życie będzie proste. To nie ma znaczenia. Znam osoby, którym niczego w życiu nie brakuje, nie mają żadnych problemów finansowych, rodzinnych, zdrowotnych, ale mają depresję.

„Nie użalaj się nad sobą/nie bądź dzieckiem/bądź mężczyzną i nie maż się/ogarnij się”. To słowa bardzo często używane, zwłaszcza przez bliskie osoby z otoczenia chorego, które niby powinny mu dać jak najwięcej wsparcia. Bardzo często depresja trwa na tyle długo, że bliskim kończy się cierpliwość i uważają, że chory użala się nad sobą i lubi być w centrum uwagi. Nie o to tutaj chodzi. Osoba chora nie zabiega o uwagę. Osoba chora najchętniej, by się zaszyła w jakiejś dziurze i nigdy z niej nie wychodziła. Czuje, że jej życie jest tak beznadziejne, że nic nie ma sensu. Ona stwierdza fakt, który dla niej wydaje się oczywisty, nie widzi pozytywnych stron. Nie ma w tym użalania się nad sobą.

„Będzie dobrze, przejdzie ci”. Nie, samo nigdy takiej osobie nie przejdzie. To nie jest choroba przejściowa. Nieleczona może mieć poważne konsekwencje.

„Czas leczy rany/po burzy wychodzi słońce”. To jedne z głupszych rzeczy, jakie można powiedzieć osobie, która choruje na depresję. Po pierwsze, czas nie musi wcale leczyć ran, to frazes, do tego pusty. Po drugie, nie jest powiedziane, że po złym czasie przyjdzie ten dobry, czasami zła passa trwa latami. Ale nie o to tu chodzi. Osoba, która choruje na depresję, nie wierzy, że będzie lepiej. Ona nie ma nadziei, nie widzi wyjścia z danej sytuacji. W miarę pogłębiania się choroby może popadać w coraz większe przygnębienie.

„Przestań być takim egoistą, świat nie kręci się tylko wokół ciebie”. Kolejne stwierdzenie, które bardzo często pada z ust najbliższych i powoduje poczucie winy u drugiej osoby.

„Ja też miałem depresję, to przechodzi”. Po raz kolejny powtarzam: depresja nie przechodzi jak katar po siedmiu dniach. Jeśli ktoś mówi, że miał depresję i mu przeszła, to znaczy, że nigdy nie miał depresji.

„Nie wymyśliłeś sobie tej depresji? Chyba przesadzasz”. Następne oskarżenie, które najczęściej pada ze strony bliskich osób. Takie zdanie to komunikat, że tak naprawdę nie interesuje Cię, co się dzieje z bliską osobą. Uważasz, że coś sobie wymyśliła i nie jest do końca pewna, co się z nią dzieje. W tym możesz mieć trochę racji, ponieważ osoby, które chorują na depresję, często nie mają świadomości, że dzieje się z nimi coś złego. Lecz na pewno niczego sobie nie wymyśliły.

„Wyjdź do ludzi”. Dla osoby, która choruje na depresję, taka rada jest bezwartościowa. To ostatnia rzecz, którą zrobi. Chory nie chce widywać nikogo, najchętniej zamknąłby się w pokoju i nie wychodził do końca życia. Nie interesuje go nic z tego, co interesowało go wcześniej. Przeraża go pojawienie się wśród innych ludzi i perspektywa wyjścia z domu.

„Nie mogę już na ciebie patrzeć, jak się męczysz”. Takie zdanie najczęściej wypowiadają rodzice do nastoletnich dzieci, które mają depresję. Oczywiście trudno ich nie zrozumieć. Żaden rodzic nie lubi patrzeć, jak ich dziecko cierpi, jednocześnie nie potrafiąc mu pomóc.

„Jesteś nienormalny/jesteś psychiczny”. Na końcu coś, co boli najbardziej. Dajemy do zrozumienia drugiej osobie, że jest inna, nienormalna i powinna coś ze sobą zrobić. Nasza wypowiedź jest nacechowana negatywnie, a osoba chora czuje się zła, gorsza od innych, mimo że to nie jej wina, że jest chora.

Ktoś mi zaraz powie: no dobrze, ale co w takim razie mówić? Osobie chorej można powiedzieć wiele rzeczy, byle z taktem i delikatnością.  Poniżej przedstawiam kilka zdań, których można użyć w rozmowie z osobą chorującą na depresję:

„Pamiętaj, że nie jesteś z tym sam”. To bardzo pozytywny przekaz. Dajemy drugiej osobie do zrozumienia, że nie jest sama ze swoim problemem i że jej nie zostawimy. To podnosi na duchu.

„Jesteś dla mnie ważny”. To zdanie jest priorytetem, zwłaszcza jeśli wcześniej nasze stosunki nie układały się najlepiej. Bardzo często rodzice zapominają to mówić własnym dzieciom, które myślą, że rodzice się nimi nie interesują. Mówmy to sobie codziennie. Mówmy to do partnera, mówmy to do dzieci, mówmy to do rodziców, rodzeństwa i przyjaciół.

„Czy mogę cię przytulić?/Chcę ci pomóc”. Pokazujemy, że chcemy pomóc, że nie jesteśmy obojętni na jego chorobę. Czujemy zaangażowanie.

„Nie zwariowałeś”. Dajemy do zrozumienia, że wiemy, że depresja jest chorobą i że nie można jej sobie wymyślić. Wiemy, że może dosięgnąć każdego z nas. Pokazujemy, że nie uważamy osoby chorej za inną niż wszystkie.

„Zawsze będę cię wspierać/nie zamierzam cię z tym zostawić”. Pokazujemy choremu, że jest nadzieja i że nie jest z chorobą sam, dajemy mu nasze wsparcie.

„Martwię się o ciebie”. Pokazujemy, że zależy nam na drugiej osobie i faktycznie przejmujemy się tym, co się z nią dzieje.

„Razem przez to przejdziemy/jestem obok”. Osoba chora musi wiedzieć, że nie jest sama, że zawsze jest ktoś, kto będzie ją wspierał, zarówno w walce z chorobą, jak i w procesie leczenia.

Co jest najważniejsze w pomocy choremu? Wsparcie i akceptacja. Nie jest to proste, wymaga bardzo dużej siły woli, niepoddawania się irytacji. Daj do zrozumienia takiej osobie, że z nią jesteś. Postaraj się zrozumieć, że takie zachowanie nie jest wyrazem lenistwa, a osoba chora nie chce zrobić Ci na złość. Jej choroba nie ma nic wspólnego z Tobą, to jest w niej. Aby choroba całkowicie odeszła, konieczne jest nie tylko leczenie, ale i praca nad sobą. Do tego potrzeba czasu. Nie oczekujmy od chorego rzeczy niemożliwych. Bardzo dobrze pokazuje to historia Anny.

Zaraz po urodzeniu dziecka nie miałam siły ani ochoty na nic. Wszystko robiłam automatycznie, ale w pewnym momencie ograniczyłam się tylko do opieki nad Stasiem. Nie sprzątałam, przestałam gotować, prać czy zmywać naczynia. Po prostu, tak z dnia na dzień, nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć. Mąż twierdził, że robię mu na złość, bo uważam, że nic tylko zrzędzi, że jest zmęczony, i chcę mu pokazać, że on ma mi pomagać. A ja w ogóle o nim nie myślałam! Gdybym mogła, to cały czas bym spała. Nie cieszyłam się tym, że w końcu mam upragnione dziecko, nie odczuwałam przyjemności z przytulania go ani zajmowania się nim. Teściowa uważała, że się nad sobą rozczulam, i cały czas mi mówiła, jak to ona miała ciężko, bo wychowywała jednocześnie szóstkę dzieci, a ja mam jedno i nic mi się nie chce robić. Czułam się jak śmieć, ja, nic niewarta szmata do podłogi. Myślałam o sobie w najgorszy możliwy sposób. Bo co to za matka, która nie posprząta domu, która nie ugotuje obiadu, która nie wypierze? Jakaś wybrakowana. Dopiero moja siostra zauważyła, że jest coś ze mną nie tak, i zaprowadziła mnie do lekarza. Tam po raz pierwszy usłyszałam o depresji poporodowej. Mąż i teściowa nadal uważają, że jestem zwyczajnie leniwa, a depresja to wymysły konowałów i moja wymówka.

Bardzo często irytujemy się na bliskie nam osoby, że nie robią tego, co kochały wcześniej. Zamiast potęgować tak poczucie winy, warto powoli, w miarę polepszania się samopoczucia zachęcać do lubianych wcześniej aktywności — wyjść na spacer, razem coś ugotować, obejrzeć ciekawy film. Nic na siłę, ale jeśli zauważymy poprawę, można to wykorzystać. Chory czasami odmawia zrobienia czegoś, ponieważ myśli, że nie da rady. Nasza rola jest taka, aby go przekonać, że potrafi, a my w niego wierzymy.

Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką musisz zrobić dla osoby chorej, jest motywowanie jej i zachęcanie do leczenia, jeśli nie chce tego zrobić. Podsuwaj jej materiały na temat depresji, rozmawiaj o tym, chodź do specjalisty, jeśli tego potrzebuje. Jeśli przyjmuje leki, postaraj się dbać, by je brała. Leki nie wyleczą nikogo od razu, na efekty terapii czeka się ok. trzech tygodni.

Musisz się także przygotować na wahania nastroju osoby chorej. Jednego dnia możesz dostrzec poprawę, chory sam chce podejmować wiele aktywności, nastaje widoczna zmiana na lepsze jego stanu, a następnego nie będzie mógł ani chciał wstać z łóżka. To się zdarza. Ten schemat jest powtarzalny i irytujący dla bliskich osób. Budzi nadzieję i zarazem rozczarowanie. Wtedy bardzo trudno jest nie okazać zniecierpliwienia, nie podnieść głosu, wspierać. Na tym właśnie polega okrucieństwo tej choroby — jest ona bezlitosna zarówno dla osoby chorej, jak i dla bliskich jej osób. Staraj się jak najmocniej okazać tyle ciepła, wyrozumiałości i wrażliwości, ile w sobie masz. Unikaj też przesadnej empatii, bo to może zachęcić do nadmiernego narzekania. We wszystkim trzeba znaleźć złoty środek. Tak samo jak osoba chora walczy ze swoją chorobą, tak samo Ty walczysz ze sobą, aby być empatycznym i nie dać się wciągnąć w pesymistyczne myślenie. Pamiętaj: nic na siłę. Jeśli osoba chora chce leżeć do południa w łóżku, niech leży. Jeśli nie chce iść na spacer, niech nie idzie. Nie chce rozmawiać, to jej nie zmuszaj. Ale nigdy nie zostawiaj jej samej. Niech wie, że jesteś przy niej, że ją wspierasz, kochasz i walczysz tak samo ciężko jak ona.

Następna bardzo ważna rzecz: nigdy nie ignoruj myśli samobójczych. Osoby, które chorują na depresję, niezwykle często interesują się tym tematem — porządkują swoje sprawy, spisują testament, rozmawiają o tym, podejmują się ryzykownych działań, gromadzą ostre przedmioty i dużą ilość leków. Wiele gróźb jest ignorowanych, ponieważ bliscy nie wierzą, że są one realne. Nie wszystkie myśli samobójcze kończą się próbą samobójczą, ale jeśli zaobserwujesz coś, co Cię niepokoi, to skontaktuj się z lekarzem chorego. Tylko psychiatra ma odpowiednią wiedzę, by stwierdzić, czy dana osoba może popełnić samobójstwo. Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego mówi, że w ostateczności, w przypadku zagrożenia życia, chorego można leczyć wbrew jego woli. Tak jak mówię — jest to ostateczność, sytuacja, w której nie jesteś w stanie zagwarantować, że dana osoba sobie czegoś nie zrobi pod Twoją nieobecność. Nie jesteś w stanie przebywać z nią cały czas. Niekiedy nie ma wyjścia. Niekiedy w ciężkiej depresji szpital jest wybawieniem.

Do szpitala trafiają osoby, które nie potrafią już kontrolować swojego zachowania, mają natarczywe myśli samobójcze lub próby odebrania sobie życia za sobą. Zdecydowanie lepiej jest wtedy skierować chorego do szpitala, ponieważ sami nie potrafimy zapobiec nieszczęściu. Leczenie jest także wskazane, gdy pobyt w danej rodzinie jeszcze bardziej pogłębia depresję chorej osoby.”

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Depresja niewidzialny wróg” Joanny Jankiewicz.[/badge]

inne

Długotrwały stres

12 maja 2017

„Najczęściej stres nie wywołuje depresji. Bardzo często każdy z nas się stresuje — dzieje się to niemalże codziennie, ale w pewnym momencie zapominamy o stresie, ponieważ nie jest on dominujący w naszym życiu. Problem zaczyna się wtedy, gdy jesteśmy narażeni na sytuacje stresowe przez cały czas. Jednym z przykładów może być mobbing, którego doświadczamy w miejscu pracy. Praca jest ważnym elementem naszego życia. Spędzamy w niej bardzo dużo czasu. Wyobraź sobie sytuację, w której kierownik Cię nęka, obraża, poniża, krytykuje za wszystko, nie daje się wykazać i ośmiesza. Oczywiście możesz odejść z pracy. Jednakże nie wszyscy mają taką możliwość. Osoba, która musi z jakiegoś powodu pracować w takim miejscu, z takim człowiekiem, bardzo szybko odczuje wpływ długotrwałego stresu nie tylko na swój organizm, ale także na swoją psychikę. Oto historia Klaudii, która nie pracuje już w takim miejscu od dwóch lat, ale do tej pory leczy się na depresję.

„Bardzo długo starałam się o pracę w pewnej firmie. Gdy w końcu mi się udało, bardzo się cieszyłam. W mojej branży ta firma to był prestiż. Wszyscy chcieli tam pracować, wszyscy się pchali. To, że wybrali mnie, to było wyróżnienie. Tak wtedy myślałam. Na początku było okej. Poznawałam ludzi, firmę, wprowadzano mnie powoli w nowe obowiązki. Gdy przedstawiono mnie Alicji, kierowniczce mojego działu, sądziłam, że jest bardzo miła. Sprawiała wrażenie kompetentnej, pewnej siebie i przyjacielskiej osoby. Nigdy w życiu bym nie powiedziała, że urządzi mi takie piekło. Gdybym wtedy wiedziała, nigdy nie podałabym jej ręki.

Jeszcze przez tydzień od momentu naszego zapoznania się był spokój. Przydzielała mi zadania, od czasu do czasu poprawiała mnie, ale bez żadnych złośliwości, jak to przełożony. Dzisiaj myślę, że ona mnie po prostu badała — na ile sobie pozwolę, czy można mnie zmiażdżyć, czy dam się podporządkować. Pierwsza lampka zapaliła mi się, gdy znajomi z pracy zapytali mnie, co sądzę o Alicji. Odpowiedziałam wtedy, zresztą zgodnie z prawdą, że wydaje się w porządku. Spojrzeli na mnie dziwnie, jedna osoba nawet się zaśmiała, ale nie kontynuowali tematu. Wtedy nie wiedziałam, o co im chodzi. Mam do nich żal, że mnie nie uprzedzili, a potem że nie stanęli po mojej stronie.

Bardzo szybko się przekonałam, o co im chodziło. W pewnym momencie Alicja zaczęła na mój widok reagować niemalże alergicznie. Wszystko, co robiłam, było źle. Każdy raport był do poprawy, mimo że robiłam go tak samo jak wcześniej. Po jakimś czasie codziennie słyszałam, że nie potrafię głupiego polecenia wypełnić jak należy, że to cud, że skończyłam studia, bo ona by mnie nie przepuściła nawet przez podstawówkę. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Wykpiwała każdy mój pomysł, posuwała się nawet do tego, że głośno krytykowała sposób, w jaki się ubierałam, mimo że mój ubiór był zgodny z dress code’em firmy. Na początku postanowiłam być twarda. Pomyślałam sobie, że to przetrzymam, i nie reagowałam na zaczepki. Jak się okazało, to był błąd. Moja szefowa ewidentnie chciała, żebym jej odpyskowała, żeby mogła mnie wyrzucić. A ja tego nie robiłam.

Każdy dzień zaczynał się więc jej krzykiem o byle głupotę. Wystarczył jeden mały błąd, a potrafiła zrobić awanturę z wyzwiskami na pół firmy. Inni pracownicy nie reagowali. Stali i patrzyli, jak mnie obraża i ośmiesza. Wszyscy się jej bali, bo wściekła bywała nieprzewidywalna. Kiedyś widziałam, jak w furii podarła koledze cały projekt, nad którym siedział kilka dni, bo coś jej się nie podobało. Kontrolowała mój czas pracy, wiedziała, z kim rozmawiałam i ile czasu spędziłam na lunchu. Opowiadała o mnie niestworzone rzeczy innym pracownikom. Na każde moje pytanie reagowała niemalże agresją. A ja bałam się już pytać. Ciągle chodziłam spięta, przestałam jeść w pracy, żeby nie denerwować Alicji, nie rozmawiałam z nikim, całe dnie potrafiłam spędzać za biurkiem, bez żadnej przerwy, nawet na toaletę. Gdy wychodziłam z pracy, serce waliło mi jak młotem, bo bałam się, że mnie zatrzyma, wymyśli jakiś błąd i zostanę po godzinach. Bliscy widzieli, co się dzieje, ale nie chciałam ich martwić. Narzeczonemu opowiadałam jakieś historyjki o tym, że mam nawał pracy, nie chciałam, żeby się przejmował. Postanowiłam sama sobie poradzić. I podjęłam decyzję, która mnie najwięcej kosztowała. Poszłam do kierownika, który stał wyżej od Alicji, jej bezpośredniego przełożonego. Może ktoś nazwie mnie kablem, ale ja byłam wykończona psychicznie i kompletnie nie wiedziałam, jak sobie z nią radzić. Jej szef wydał mi się ostatnią deską ratunku.

Niestety, szef Alicji mnie zbył. Stwierdził, że on mi nie pomoże, bo do Alicji trzeba po prostu przywyknąć. Gdyby dał mi w twarz, poczułabym się wtedy lepiej. Dzisiaj wiem, że on wiedział, jak wygląda sytuacja, ale nic z tym nie chciał zrobić.

Po wizycie u szefa, która odarła mnie z jakiejkolwiek nadziei, przestałam porządnie sypiać. Budziłam się w nocy po kilka razy. Łykałam jakieś tabletki uspokajające, ale niewiele mi dawały. Cały czas myślałam, co ta jędza jeszcze wymyśli, w jaki sposób mnie obrazi lub skompromituje. Potrzebowałam tej pracy, nie mogłam odejść.

Miarka się przebrała, gdy pewnego dnia Alicja nawrzeszczała na mnie za jakiś błąd. Nawet nie pamiętam za co. Po prostu coś we mnie pękło. Zarzucała mi brak jakichkolwiek kompetencji i profesjonalizmu, podważała moje umiejętności, a na końcu stwierdziła, że wyrzuci mnie na zbity pysk i pies z kulawą nogą mnie nie zatrudni. Rozpłakałam się. Zaczęła mnie wyśmiewać, że tylko to potrafię robić, i kazała mi się wynosić do domu, bo i tak dzisiaj nie ma ze mnie żadnego pożytku.

Kiedy udało mi się jakoś dotrzeć do domu, zwymiotowałam z nerwów. Trzęsły mi się ręce, nie mogłam utrzymać w nich szklanki z wodą. W takim stanie zastał mnie narzeczony, który wrócił z pracy. Zabrał mnie do psychologa, któremu wszystko opowiedziałam. Dzisiaj już tam nie pracuję, zwolniłam się kilka tygodni później, w akompaniamencie wielkiej awantury. Byłam już wtedy tak otępiona lekami, że i tak miałam to gdzieś. Do dziś nie potrafię sobie ze sobą poradzić przez tę kobietę, a minęły już dwa lata.”

Klaudia znosiła mobbing przez ponad pół roku. Takie doświadczenie miało prawo ją przytłoczyć, mimo że sądziła, że poradzi sobie sama. Presja ze strony kierowniczki była tak silna i długotrwała, że spowodowała u kobiety załamanie nerwowe, które musiała leczyć farmakologicznie. Była bezbronna, pozostawiona sama sobie, ponieważ inni pracownicy udawali, że nic nie widzą, i nie chcieli jej pomóc.

Długotrwały stres może wynikać z wielu sytuacji, nie tylko związanych z pracą. Każdy stres, który utrzymuje się przez dłuższy czas, może doprowadzić do pojawienia się zaburzeń emocjonalnych. Nie wolno tego lekceważyć. Jeśli znajdziesz się w takiej sytuacji i poczujesz, że to Cię przytłacza, to zaczniesz myśleć, że nie dasz sobie sam rady i nic nie możesz poradzić na zaistniałą sytuację. Takie właśnie myśli prowadzą prosto w ramiona depresji. Pojawia się rezygnacja, a potem odrętwienie.”

[label style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Depresja niewidzialny wróg” Joanny Jankiewicz.[/label]

inne

NIE BIĆ GŁOWĄ W MUR: SZTUKA WŁAŚCIWEGO DZIAŁANIA — KRIJA JOGA (JS II.1 – II.2)

27 kwietnia 2017

„Odnosząc się do rozumienia metod praktyki, jakie zaprezentowałem na początku poprzedniego rozdziału, krija jogę możemy postrzegać jako metodę usuwania podstawowych zaburzeń funkcjonowania umysłowego, które przeszkadzają w dalszej praktyce. Oczywiście jest to spore uproszczenie, a nawet trywializacja, ale teza ta w dużej mierze znajduje swoje odzwierciedlenie nie tylko w sutrze II.2, która podkreśla, że celem krija jogi jest osłabienie negatywnych tendencji (kleśi) i przygotowanie do medytacji, ale też w samym charakterze praktyk. Warto zwrócić uwagę, że praktyki, które przedstawia Patańdźali w ramach jogi ośmioczłonowej (astanga joga), wymagają od ucznia zdolności do stawiania sobie zadań i ich realizowania. Dzięki realizacji kolejnych zadań w praktyce uczeń przechodzi na wyższą hierarchię celów. Jednakże nie każdy uczeń potrafi postawić sobie zadanie do realizacji, nie mówiąc już o praktycznym zrealizowaniu tego zadania. Dlatego właśnie Patańdźali na początku drugiego rozdziału (drugiej pady) Jogasutr przedstawia praktykę przygotowawczą w postaci krija jogi, która ma charakter — można by powiedzieć — psychoterapeutyczny.

W sutrze II.1 przeczytamy: Umiarkowanie, rytuały religijne i ofiarowanie swoich czynów Bogu stanowią jogę w formie działania [tapassvadhyayeśvarapranidhanani kriyayogah]. Termin „krija” zawiera rdzeń kr i oznacza „działanie”, „czynność”. Najwybitniejszy współczesny egzegeta Jogasutr, Sankhja-jogaczarja swami Hariharananda Aranya (1869 – 1947), tak tłumaczy etymologię terminu „krija joga”: działanie z zamiarem osiągnięcia jogi jest krija jogą.

Pierwszą praktyką konstytuującą krija jogę jest tapas — praktyka umiaru, głównie w mowie i jedzeniu. Wjasa w swoim komentarzu do sutr Patańdźalego (Jbh II.1) pisze: Kto nie praktykuje umiaru (tapas), nie osiąga jogi. Zanieczyszczenia umysłu, pstre od nieświadomych impulsów, skutków naszych uczynków i uciążliwości (…), bez praktyki umiarkowania nie ulegają rozbiciu. Ostrzega jednak, że tapas należy stosować na tyle, na ile nie zakłóca uciszenia (oczyszczenia) świadomości. Niewątpliwie brak umiaru powoduje złe samopoczucie i brak kontroli nad sobą. Jednakże przesadna samodyscyplina, w postaci np. wycieńczających do granic możliwości ćwiczeń fizycznych, długotrwałego głodowania, też nie prowadzi ani do stabilizacji stanu umysłu, ani do zdrowia. Hariharananda Aranya dodaje: W filozoficznym kontekście tapas oznacza dużo więcej niż po prostu kształtowanie fizycznej wytrzymałości. Oznacza tryb życia i postępowanie wymagające intelektualnej, moralnej i emocjonalnej dyscypliny w celu urzeczywistnienia prawdy o świecie i o sobie samym. Tapas w krija jodze jest swego rodzaju praktyką wprowadzającą wątki abhjasy i vairagji (zob. JS I.12 – I.16). Przypomnijmy, że abhjasa jest nieprzerwanym wysiłkiem w celu osiągnięcia stanu spokoju umysłu i powinna być kontynuowana ze szczerym oddaniem; natomiast vairagja jest stanem, kiedy umysł traci całe swoje pożądanie do obiektów widzianych lub opisanych w pismach. Tezę tę wydaje się potwierdzać cytat z Bhagawatapurany (Śrimad-Bhagavatam), gdzie jest napisane: kama tyaga tapah ucyate — tapas (umiarkowanie) jest tym, co uwalnia cię od pragnień.

Kolejnym elementem praktyki krija jogi jest svadhjaja, która w tym wypadku oznacza świadomy i zaangażowany udział w rytuałach danej religii. Wjasa komentuje (Jbh II.1): Svadhjaja polega na powtarzaniu modlitw lub mantr (…) i czytaniu nauk o wyzwoleniu z cierpienia. Realizacja rytualnych praktyk ma przygotować umysł do kolejnej praktyki, jaką jest iśvarapranidhana.

Termin „iśvarapranidhana” jest tłumaczony przez Wjasę w następujący sposób (Jbh II.1): Iśvarapranidhana polega na ofiarowaniu Iśvarze (Bogu) wszystkich czynów lub na wyrzeczeniu się ich owoców. Iśvara (z sanskr. Pan), jak zauważa Patańdźali w sutrze I.24, jest szczególnym puruszą, całkowicie wolnym od uciążliwości, nieskalanym działaniami oraz nietkniętym przyczyną i skutkiem. W kolejnych sutrach kodyfikator jogi pisze że Iśvara jest nieprzewyższalnym zalążkiem wszechpoznania i pierwszym nauczycielem.

Krija joga to niezwykle doniosła praktyka, w której dążymy do tego, by akceptować owoce naszych czynów, zanim tych czynów dokonamy. Zatem iśvarapranidhaną nie jest pogodzenie się z negatywnymi rezultatami naszego działania (ponieważ nie ma innego wyjścia). Iśvarapranidhana to zaakceptowanie efektów naszego działania, jakiekolwiek by były: pozytywne czy negatywne, zanim podejmiemy to działanie. Choć nie jest łatwo wdrożyć tę praktykę, nietrudno się zorientować, jak transformujące może być jej działanie. Dlatego Patańdźali czyni tę właśnie praktykę kulminacją krija jogi.

W sutrze II.2. Patańdźali tłumaczy efekty krija jogi: Praktyka ta zmniejsza uciążliwości i prowadzi do skupienia [samadhibhavanarthah kleśatanukaranarthaś ca]. Wjasa komentuje to w następujący sposób (Jbh II.2): Gdy krija joga jest właściwie praktykowana, prowadzi umysł do skupienia (samadhi) i znacząco osłabia uciążliwości (kleśe). Ogień wiedzy różnicującej spala osłabione kleśe. Gdy uciążliwości są osłabione, nie mogą dłużej zaciemniać różnicy między buddhi a puruszą. Urzeczywistnienie tego sprawia, że guny przestają się manifestować.

Swami Hariharananda Aranya wyjaśnia, w jaki sposób krija joga zmniejsza uciążliwości i prowadzi do skupienia: Spokój ciała i zmysłów [uzyskuje się] poprzez tapas, predyspozycje do urzeczywistnienia prawdy poprzez svadhjaję, a stabilność umysłu poprzez iśvarapranidhanę.”

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Psychologia jogi…”, której autorem jest Maciej Wielobób.[/badge]

inne

Depresja nie wybiera

26 kwietnia 2017

„Depresja nie wybiera. Dotyka także osób, które do tej pory miały udane życie. Nikt nie jest na nią odporny. Na depresję mogą zachorować ludzie z różnych środowisk — wiele się słyszy o sławnych aktorach czy piosenkarzach, którzy mieli rozmaite zaburzenia, od anoreksji i bulimii poczynając, na depresji kończąc. Nieważne są pieniądze, mało znaczy prestiż. Jeśli chodzi o depresję, wszyscy jesteśmy równi.

Kilka wydarzeń może poprzedzić wystąpienie choroby. Jednym z nich może być strata bliskiego człowieka — to wydarzenie najczęściej prowadzi do depresji. Nie jest ważne, czy bliską osobę traci się przez wypadek, długotrwałą chorobę, czy też w wyniku rozwodu lub rozstania. Bardzo często w ciągu całego życia kogoś tracimy. Pamiętam, jak moja koleżanka po odejściu męża do innej kobiety powiedziała mi, że czuje się, jakby mąż nie odszedł, a umarł. Nie jest to rzadka sytuacja. Liczba rozwodów rośnie z roku na rok, codziennie na świecie ktoś zostaje sam w wyniku śmierci bliskiej osoby. Tracimy przyjaciół, rozstajemy się z partnerami, kłócimy z rodziną. Najczęściej na stratę reagujemy żalem, który jest jednym z najbardziej bolesnych uczuć. Wielu ludzi nie potrafi się z niego otrząsnąć. Statystyki pokazują, że ok. 25% osób, które straciły w ostatnim czasie kogoś bliskiego, choruje na depresję. Biorąc pod uwagę, jak często kogoś tracimy, wynik tego badania jest zatrważający. Największym problemem dla takiej osoby są wymagania społeczne, które określają, jak długo powinniśmy cierpieć. Wiele razy słyszałam, że kobiety po poronieniu powinny szybko dochodzić do siebie, bo przecież nawet nie widziały dziecka na oczy. Nieprawda. Każdy cierpi po swojemu. Więcej, każdy ma prawo cierpieć indywidualnie i samemu określać, jak długo będzie opłakiwał śmierć rodzica, odejście męża, rozstanie z partnerką. Nikt nie ma prawa nam mówić, jak długo mamy trzymać w sobie żałobę.

Żałoba dzieli się zazwyczaj na trzy etapy. Przy etapie pierwszym jesteśmy zaskoczeni, przerażeni. Czujemy ogromy żal, smutek i rozgoryczenie. Pojawia się odrętwienie i cierpienie. Może pojawić się także zaprzeczenie. Etap drugi to ten, w którym czujemy się samotni. Osoba, która jest pogrążona w żalu, czuje, że jej życie już nigdy nie będzie takie samo jak kiedyś. W tym etapie pojawia się także złość — na los, że wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej, na siebie, że mogliśmy coś zrobić, a nie zrobiliśmy (często te oskarżenia są całkowicie bezpodstawne), albo na innych, że mają lepiej od nas. Wbrew temu, co sądzi wielu ludzi, ten okres może trwać bardzo długo. Zależy wyłącznie od predyspozycji danej jednostki do radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. Bywa, że ten etap trwa kilka lat. Nie powinno się tutaj niczego przyspieszać, do niczego przekonywać. Trzeba jedynie wspierać drugą osobę i dać jej poczucie, że nie jest sama.

Ostatni, trzeci etap to etap pogodzenia się ze stratą, który może (ale nie musi) przynieść ostateczne ukojenie. Bardzo dużo ludzi przez wiele lat nosi ból w sercu po stracie danej osoby. Napady smutku mogą zdarzać się rzadziej, aż życie wróci do normalności. Wiele osób mówi, że ból po takiej stracie nigdy nie mija.

„To jest taki ból, jakby ci wyrwano serce. Z korzeniami. Gdy mi powiedzieli, że Adam miał wypadek i że nie żyje, poczułam się tak, jakby mi wyrwali właśnie serce.” (Anna — jej narzeczony zmarł w wypadku samochodowym przed dwoma laty).

„Gdy żona odeszła do innego, nie byłem w stanie pozbierać się przez lata. Nikomu nic nie mówiłem, działałem jak na autopilocie. Praca, dom, znajomi, praca, dom, znajomi. A wewnątrz wszystko we mnie wrzeszczało. Przyjaciele mówią, żebym ruszył dalej, chcą mnie swatać. Ja nie chcę nikogo innego, nie chcę przechodzić ponownie tego bólu, z którego się do tej pory nie wyleczyłem.” (Arek — żona zakochała się w innym mężczyźnie i zostawiła go).

„Kiedy rozstałam się z Tomaszem, myślałam, że po czymś takim już się nie podniosę. Równie dobrze mógłby mnie zabić. Spędziłam z nim 10 lat, a on przekreślił je jednym zauroczeniem.” (Kinga — niedawno rozstała się z długoletnim narzeczonym, który zakochał się w innej kobiecie).

„Kiedy przyszedł do nas lekarz i powiedział, że mu przykro, już wiedziałam. To było moje trzecie poronienie. Jak się okazało, ostatnie, bo lekarze powiedzieli, że nie będę mogła mieć więcej dzieci, że zwyczajnie nie donoszę. Wszędzie widzę moje dzieci, słyszę je, jak mnie wołają. Każdy taki dźwięk sprawia, że wewnątrz wyję z bólu, ale na zewnątrz muszę to ukrywać. Mąż mówi, że powinniśmy żyć dalej. A jak tu żyć, kiedy ty już nie czujesz, że masz serce? Moje pękło na milion kawałków.” (Mariola — trzy razy poroniła, po trzecim razie lekarze nie dają jej nadziei na to, że kiedykolwiek urodzi dziecko, leczy się na depresję).

Utrata nadziei na jakąś zmianę, utrata szacunku do samego siebie również może być przyczyną pojawienia się depresji. Idealnie obrazuje to historia Agaty:

„Wyszłam za mąż bardzo młodo — miałam 19 lat. Wiem, smarkula byłam. Ale zakochałam się jak wariatka. On też za mną szalał, a ja widziałam wszystko tylko w różowych barwach. Nie chciałam widzieć tego, że pije. Nie chciałam widzieć, że nie szanuje swojej matki ani siostry i bardzo prawdopodobne, że nie będzie szanował również mnie. Wtedy o tym nie myślałam. Zaczęło się zaraz po ślubie.

Wszystko było nie tak. Źle uprałam, niedobrze ugotowałam, nie posprzątałam jak trzeba. Powtarzał mi, że jestem głupia, że nie potrafię wykonać prostego polecenia. Gdy miałam jakiś pomysł na spędzenie razem czasu, mówił, że tylko ja mogłam taką głupotę wymyślić. Sam z siebie nie potrafił zaproponować nic. Gdy się upił, mówił, że ożenił się ze mną z litości, bo nikt inny by nie zechciał takiej maszkary. Nie bił mnie, ale jego słowa raniły mnie bardziej. Nie mogłam zrozumieć, jak to mogło się stać, byliśmy tacy szczęśliwi.

Gasłam w oczach. Doszło do tego, że bałam się chodzić po domu, żeby go nie obudzić, bo mógłby mnie wyzwać. Obiad próbowałam po kilka razy i zastanawiałam się, czy mu będzie smakował. Nie wychodziłam z domu, nie miałam przyjaciółek, bo uznał, że one są głupie, więc jak z nimi jestem, to sama głupieję jeszcze bardziej. Dałam się zdominować. Któregoś dnia zdenerwował się na mnie tak, że rzucił we mnie talerzem. Uchyliłam się na szczęście, a on się przestraszył i obiecał poprawę. Następnego dnia przyniósł kwiaty. Kilka dni był taki jak kiedyś. Byłam głupia po raz kolejny, uwierzyłam mu. Takie sytuacje powtarzały się wiele razy. Unosił się, przepraszał, kupował kwiaty, po czym znowu mnie znieważał. I tak w kółko. A ja cały czas wierzyłam, że on się zmieni.

Miarka się przebrała, gdy obraził mnie przy rodzinie. Były urodziny mojej siostry. Starałam się o pracę w pewnej firmie. Mój mąż przy wszystkich powiedział, że nie nadawałabym się tam nawet na sprzątaczkę, bo nie umiem porządnie sprzątać i on nie rozumie, po co ja tam chcę iść. Popłakałam się i na piechotę wróciłam do siebie, szłam 10 kilometrów. Nie pamiętam, jak długo szłam. Ale wtedy coś we mnie pękło. Chyba umarła moja nadzieja.

Wiem, że się nie rozwiodę. W mojej rodzinie jest to nieakceptowane. Przez wiele lat nie pracowałam, mąż nas utrzymywał. Czuję, że nie poradziłabym sobie bez niego. Nie chce mi się jeść, nie mogę spać. Nic mnie nie cieszy. Zrezygnowałam ze starania się o pracę, straciło to dla mnie sens. Patrzę na mojego męża i już nawet nie słyszę, jak ze mnie drwi. Chyba bardziej go denerwuje, że milczę. Rozpowiada teraz po rodzinie, że jestem głucha. Nie obchodzi mnie to. Nic mnie nie obchodzi.”

Przypadek Agaty dokładnie pokazuje, w jaki sposób człowiek może stracić nadzieję i jednocześnie szacunek do samego siebie. Mąż Agaty pozwolił jej uwierzyć w kilka rzeczy: że ją kocha, że jej nigdy nie skrzywdzi i że ją szanuje. A potem tę wiarę zdeptał. Wielu ludzi mówi, że przemoc psychiczna czasami jest gorsza od tej fizycznej, że boli bardziej. Z powodu słów męża Agata uwierzyła, że do niczego się nie nadaje, że nic nie może zrobić dobrze i nie dostanie wymarzonej pracy, w związku z tym przestała się o nią starać. Gdy popełniała jakiś błąd, długo sobie wyrzucała, że jest idiotką. Nawet nie zaczęła zauważać, że sama siebie znieważa. Zapomniała, że każdy z nas może popełnić błąd. W miarę trwania przemocy psychicznej ze strony męża depresja zaczynała się ujawniać i pokazywać swoje niebezpieczne oblicze.”

[label style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Depresja niewidzialny wróg” Joanny Jankiewicz.[/label]

inne

Koncepcja sześciu smaków w ajurwedzie

13 kwietnia 2017

„Przyglądając się bliżej kwestii smaków, można zauważyć, że ich wpływ na ludzki organizm jest ogromny.

Abstrahując od nauk ajurwedy, każdy po zjedzeniu czegoś słodkiego (zmysłowo rozpływająca się czekolada z dużymi kawałkami orzechów, kusząca i aromatyczna tarta cytrynowa) odczuwa chwilę przyjemności, zapomnienia i rozluźnienia. Gdy jednak do naszych ust dostanie się ostra zupa z kawałkami chili, od razu czujemy, że nasz zmęczony umysł i ciało zaczynają lekko ożywać.

Bez względu na to, co udaje nam się zarejestrować, pożywienie, a dokładniej mówiąc‚ jego smaki, wywołuje pewien efekt w naszym ciele i umyśle.

Rozsądna ilość smaku słodkiego działa łagodząco na umysł i nerwy oraz bierze udział w budowaniu tkanek ciała; smak słony nawilża tkanki, podkreśla smak danej potrawy oraz wzmaga trawienie; smak kwaśny pobudza apetyt i rozgrzewa organizm; smak ostry wspomaga spalanie tkanki tłuszczowej oraz pobudza trawienie; smak gorzki jest przydatny, gdy chcemy oczyścić organizm z toksyn (większość ziół ma m.in. smak gorzki); smak cierpki oczyszcza krew oraz ma właściwości lecznicze.

Każdy ze smaków stosowany z umiarem będzie działał pozytywnie na ludzki organizm. Stosowany w nadmiarze będzie nadmiernie stymulował daną doszę‚ doprowadzając do jej zaburzenia.

Partap Chauhan podkreśla w swojej książce Eternal Health. The Essence of Ayurveda, że o ile znajomość koncepcji trzech dosz jest konieczna do postawienia dobrej diagnozy, o tyle zrozumienie koncepcji sześciu smaków jest konieczne, by wyleczyć dane zaburzenia. Ale nawet nie będąc lekarzem ajurwedyjskim, będziemy w stanie pomóc sobie w prostych dolegliwościach‚ które nas dopadają każdego dnia‚ jeśli poświęcimy odrobinę czasu na zaznajomienie się ze smakami oraz tym‚ w jaki sposób oddziałują na ludzki organizm — to one najmocniej stymulują dosze.

Najlepszym smakiem równoważącym dla doszy vata jest słony, ze względu na mocne właściwości nawilżające, rozgrzewające oraz naturalną ciężkość. Kolejne równoważące dla vaty smaki to kwaśny oraz słodki. Kwaśny będzie rozgrzewał oraz dodatkowo nawilżał, co jest bardzo przydatne w przypadku suchości vaty. Słodki w niewielkim stopniu nawilża oraz zwiększa właściwości ciężkości. Dla gorącej i lekkiej pitty najlepsze będzie pożywienie o smaku cierpkim, ponieważ smak ten niesie ze sobą jakość mocnego wychłodzenia, osuszenia oraz ciężkości. Korzystny jest także smak słodki, który zwiększa ciężkość i wychłodzenie, oraz smak gorzki, który również ma zimną i osuszającą naturę. Najmocniej działającym smakiem na doszę kapha jest ostry, ze względu na dużą ilość żywiołu ognia i powietrza, których zdecydowanie brak u kaphy. Właśnie dlatego gorąco i mocne osuszenie jest tym, co najmocniej redukuje kapha. Średnie działanie w przypadku tej doszy ma smak gorzki, ponieważ osusza i przyczynia się do zwiększenia lekkości ciała, oraz smak cierpki‚ który ze względu na swoją ściągającą naturę sprzyja zmniejszeniu masy tkanek.

Rasa

Rasa to smak. Pierwszy kontakt pożywienia z naszym językiem to właśnie rasa. Smak, który odczuwamy w jamie ustnej‚ jest wzmagany przez obecność śliny. W mniej lub bardziej subtelny sposób możemy wyczuć sześć smaków: słodki, słony, kwaśny, ostry, gorzki oraz cierpki. Każdy smak ze względu na obecność żywiołów wpływa na dosze, zmniejszając lub zwiększając ich poziom w naszym ciele. (…)

Smak słodki (madhura)

Na smak słodki składają się elementy wody i ziemi, co czyni go najcięższym ze smaków. Słodki ma zimne virya, co oznacza, że wkrótce po zjedzeniu czegoś słodkiego poczujemy działanie wychładzające na organizm, a przy tym spowalniające trawienie. Słodki vipaka oznacza, że na dłuższą metę właściwości słodkiego będą spotęgowane. Ze względu na swoje właściwości słodki wpływa pozytywnie na dosze vata oraz pitta, natomiast znacznie podnosi poziom kapha. Pobudza rozwój tkanek w ciele (dhatu), a także — dzięki zwiększaniu jakości wilgoci — nawilża i ujędrnia skórę i włosy, oczy, nos oraz gardło‚ wpływając tym samym na poprawę stanu skóry, nawilżenia włosów oraz „zmiękczenia” głosu. (…)

Smak słony

Smak słony powstaje poprzez wzajemne pomieszanie się elementów wody i ognia. Element ognia wpływa na rozgrzewające virya, przez co wspomaga proces trawienia. Natomiast element wody odpowiedzialny jest za nawilżający charakter smaku słonego. Vipaka tego smaku to słodki, co oznacza, że pokarmy kwaśne po strawieniu są mocno nawilżające oraz równoważące pod względem właściwości gorący – zimny oraz lekki – ciężki.

Stosowanie słonego smaku z umiarem nawilża tkanki ciała, utrzymuje równowagę wodno-elektrolitową w organizmie oraz zmniejsza skurcze i ból okrężnicy. Sól również zwiększa wydzielanie śliny, podnosi walory smakowe potrawy, wspomaga trawienie, wchłanianie oraz eliminację elementów odpadowych z organizmu. Ponadto zmniejsza sztywność i działa przeczyszczająco. (…)

Smak kwaśny

Smak kwaśny jest połączeniem żywiołu ziemi i ognia. Rozgrzewające virya oznacza, że pierwszym wrażeniem po spożyciu smaku kwaśnego jest uczucie ciepła. Kwaśny vipaka odnosi się do przedłużenia wrażenia rozgrzania ciała, wzmożenia wilgoci oraz ciężkości.

Umiarkowana ilość tego smaku wpływa pozytywnie na wzmocnienie apetytu, ilość wydzielanej śliny oraz poprawę trawienia. Kwaśny pobudza perystaltykę jelit, nawilża pokarm oraz pomaga w prawidłowym wchłanianiu składników odżywczych z pożywienia, zwłaszcza żelaza. Ponadto uwydatnia smak potrawy, działa odświeżająco, zwiększa pragnienie‚ jak również zwiększa ilość tkanek w ciele, wzmacnia serce i stymuluje umysł. (…)

Smak ostry

Smak ostry powstaje z połączenia dwóch lekkich żywiołów: powietrza oraz ognia. Jest najgorętszym ze smaków oraz najmocniej stymuluje trawienie, zwiększając agni (ogień trawienny). Ostry vipaka oznacza, że na długo po spożyciu pokarmów o smaku ostrym smak ten nadal wpływa na nas rozgrzewająco, osuszając i nadając lekkość (dlatego smak ten mocno podrażnia doszę vata, za to doskonale równoważy doszę kapha). Z drugiej strony — jeśli zrównoważy się smak ostry smakiem o działaniu nawilżającym‚ np. kwaśnym, słodkim lub słonym‚ wtedy idealnie rozgrzewa on osoby typu vata, nie dopuszczając do nadmiernego wysuszenia i pobudzenia umysłowego. (…)

Smak gorzki

Smak gorzki jest połączeniem żywiołu powietrza i eteru. Uważany jest za najlżejszy i najbardziej wychładzający smak. Jego vipaka jest ostry, co oznacza‚ że ostatecznie spożycie pokarmów o dominującym smaku gorzkim będzie miało działanie osuszające i redukujące masę ciała. Dzięki tym właściwościom smak ten zalecany jest dla zrównoważenia doszy kapha. Z drugiej strony — ochłodzenie‚ jakie daje smak gorzki‚ oraz suchość dobrze wpływają na doszę pitta.

Gorzki jest smakiem mało znanym w naszej (zachodniej) kuchni i mało lubianym. Jednak ze względu na swoje właściwości powinien znaleźć się w każdej kuchni. Jak podaje Caraka sanhita‚ smak gorzki ma działanie oczyszczające organizm z toksyn, antybakteryjne i bakteriobójcze. Najlepiej pośród smaków łagodzi podrażnienia i stany zapalne skóry, sprawiając‚ że skóra staje się jędrna, zaspokaja pragnienie, zmniejsza gorączkę oraz usuwa nadmiar wody z organizmu. (…)

Smak cierpki

Smak cierpki powstaje z żywiołów ziemi i powietrza. Poprzez mocne działanie osuszające, a zarazem wychładzające nie nadaje się dla osób z przewagą doszy vata. Natomiast pozytywnie schładza rozgrzaną doszę pitta i osusza wilgotną doszę kapha. Energia smaku cierpkiego jest wychładzająca, co oznacza, że gdy zjemy go za dużo, to wpłynie on hamująco na trawienie. Podobnie jak smaki ostry i gorzki, smak cierpki również ma ostry vipaka, co oznacza, że długoterminowym działaniem smaku cierpkiego będzie osuszenie organizmu z nadmiaru wilgoci.

Cierpki, podobnie jak gorzki, również nie należy do lubianych smaków. W odpowiedniej ilości pomaga jednak oczyścić krew, delikatnie stymuluje trawienie oraz dzięki właściwościom osuszającym i ściągającym pomaga w przypadku biegunek, nadmiernego pocenia się oraz krwawienia. Dodatkowo w ziołolecznictwie stosowany jest przy leczeniu trudno gojących się ran, skaleczeń oraz kontuzji. Istnieje wiele ziół cierpkich w smaku‚ np.: bazylia, rozmaryn, pokrzywa, ogórecznik, krwawnik. (…)”

[label style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Ajurweda w praktyce” (Agnieszka Wielobób, Maciej Wielobób).[/label]

inne

Rytuały

20 marca 2017

„Miałam 14 lat, gdy z własnej woli dałam się ubrać w granatowy mundurek (spódnica 6 cm za kolano) i włożyć sobie do ręki różaniec. Miałam 18 lat, gdy śpiewałam mantry, liczyłam oddechy i biłam pokłony, ubrana z kolei w buddyjską szatę. Potem poszłam na jogę. I to taką, w której znów liczy się oddechy, a sekwencja ruchów jest powtarzalna. Rytuały. Matematyka. Symetria. Mam do nich słabość. Jestem lekko autystyczna albo aspergerowa, albo obsesyjno-kompulsyjna — tak zawsze o sobie myślałam. Liczę kroki, oddechy, słowa, litery w słowach — od zawsze. Lubię, gdy jedzenie na talerzu nie styka się ze sobą. Nie znoszę jeść posiłków złożonych z dwóch dań. Ani dań, w których nie rozpoznaję składników. Zanim zrobię pierwsze powitanie słońca, moja mata musi leżeć idealnie względem klepek na podłodze. Potrafię ją wyrównywać kilka razy w czasie praktyki. Mam kłopot z relacjami. Bywa, że prawie przestaję oddychać, żeby… nie było mnie słychać, nie było mnie widać. Mam kłopot z emocjami. Czasem czuję się totalnie zamrożona. Jak Rain Man. Albo ten chłopak z genialnej książki Przypadek psa nocną porą.

I pewnie dlatego lubię rytuały. Dają mi poczucie bezpieczeństwa? A może je kocham, żeby się czasem wyłamać i poczuć radość rewolucjonistki? Hipisowską euforię? A może dlatego, że łatwo przy nich wpaść w trans? A może dlatego, że łatwo je ułożyć w łańcuszek i wtedy stają się kotwicą i motywacją do praktyki. Bo wystarczy zrobić powitanie słońca A, żeby potem B samo przyszło. A nawet… wystarczy rozłożyć matę. A nawet — w moim wypadku — wystarczy zaparzyć kawę w białym kubku, tym, który zawsze biorę sobie na drogę do szkoły jogi, żebym już do tej szkoły wyruszyła.

Ty na pewno też masz jakieś swoje rytuały, a kiedy wkręcisz się mocno w jogę, pojawią się nowe. Pewne rzeczy robi się podczas praktyki zawsze tak samo. I są też takie rzeczy, które robi się zawsze tak samo, i w dodatku się z nimi nie dyskutuje. Niektórzy lubią dyskutować i analizują treść mantry początkowej albo to, dlaczego ta pięta ma być w jednej linii z tamtą piętą, a linia w dodatku ma być równoległa do długiego krańca maty. Dlaczego tę asanę wykonuje się zawsze po tamtej? Z reguły takie analizy mają sens i rytuały w jodze daje się wytłumaczyć. Co nie znaczy, że trzeba się w ten sens wgłębiać. Nie wszystko trzeba wiedzieć. Mnie na przykład nie jest to niezbędne. Czasami po prostu jestem posłuszna. Daję się wkręcić w ten trans.

Powtarzalność praktyki wkłada moje życie w pewne ramy. Nadaje mu rytm. Zaznacza granice. A gdy mamy granice, owszem, czujemy się ograniczeni, ale czujemy się też bezpiecznie. To tak jak z bandami na ringu bokserskim. Czy z siatką na trampolinie. Wiemy, że nie wypadniemy. Możemy skakać.

Różaniec, koany czy liczenie w sanskrycie uspokaja. Ekam — wdech. Dłej — wydech. I tak dalej. To jak bandy na ringu bokserskim, szczebelki w łóżeczku dziecięcym, limit na karcie kredytowej. Wiem, jakie są granice. Wiem też, co będzie dalej. Wiem, ile zostało do końca. Wiem, czego mogę się spodziewać za cztery oddechy. Mniej więcej. I to jest to mniej więcej, które lubię.

To samo mniej więcej, które pozwala mi rano wstać, zaparzyć sobie kawę, wlać ją do białego kubka i jechać na jogę. Rozkładam matę i… ekam… wdech. Tak zaczynam dzień, a co stanie się potem… wiem mniej więcej. Czy tym razem złapię się za stopę w kapotanasanie, mostek będzie łatwy czy trudny, pojawią się ból, pot i łzy, a może mój nauczyciel da mi akces do nowej asany — tego nie wiem. I to jest ten element niespodzianki, który jest OK. Jest coś starego i coś nowego. Coś niezmiennego i coś nieokreślonego. Zamykanie całego życia w rytuały, schedule, plan lekcji nie jest dla mnie dobre, już to odkryłam. Bo wtedy buntuje się moja wewnętrzna hipiska i czasem obraca się to przeciwko mnie. Wpadam w depresję, tracę energię do życia, pojawia się smutek, panika albo totalne zmęczenie.

Jednak brak rytuałów też działa na mnie źle. Nie mam się czego przytrzymać, nie mam za czym tęsknić, nie mam na czym się oprzeć, nie mam za co się chwycić, gdy fale zaczynają mnie znosić tam, gdzie niekoniecznie mam ochotę płynąć. Nie mam deski ratunkowej, czyli mojej maty, w zasięgu wzroku. Łatwo mi się wtedy zgubić.

Kiedy z jakichś powodów nie mogę pojechać do szkoły, rozkładam matę w domu, w hotelu czy w innym miejscu, w którym akurat jestem. Moim rytuałem jest wtedy turkusowa travel mat Manduki, na której widać już smugi — wspomnienia praktyki w różnych miejscach świata. Czasem zapalam świecę, czasem nie. Staram się jednak podążać za rytuałem.

Sztuka w tym, by ilość (i jakość) tych rytuałów dobrać sobie do siebie. Nie przesadzić w żadną stronę.

Pewne rytuały dotyczące jedzenia (trochę już o tym pisałam) wpędzają mnie w ortoreksję. Pewne schematy małżeńskie — dotyczące spędzania weekendów, świąt, seksu, wizyt w teatrze, sprzątania, gotowania i tak dalej — również się nie sprawdziły. Granice, które stawiałam swoim dzieciom, też nie wszystkie były sensowne.

Trzeba z rytuałami postępować ostrożnie. Trzeba je także aktualizować. Kto wychodzi rano z psem? Kto ubiera choinkę w tym roku? Kto nastawia pranie? Kto ma ostatnie słowo w kwestii urlopu? Nie musi być zawsze tak samo. Rytuały wymagają update’u.

Choćby po to, żeby się nie rozleniwić. Bo każdy kodeks postępowania zwalnia z myślenia. A co, jeśli jest ograniczenie do 50 km/h, a na drodze pojawia się tchórzofretka? Trzymać się przepisów? Przejechać tchórzofretkę?

Wybierz sobie to, czego chcesz się trzymać bezwzględnie, co możesz traktować z elastycznością, a jaki zwyczaj, zasadę lub normę chcesz odrzucić. Jakie rytuały chcesz pokochać i przyjąć, a jakie traktować z rezerwą. W jodze często mówi się o wewnętrznym nauczycielu. Ogólnie rzecz biorąc, asany zostały przetestowane w ciągu tysiąca lat przez miliony joginów. Działają. Działają właśnie wtedy, kiedy jedna pięta z drugą piętą… i tak dalej. Ale czasem pojawia się na macie ktoś, kto ma takie ciało i taki umysł, które wymagają modyfikacji asany albo rezygnacji z niej. I czasem tylko ty i twój wewnętrzny nauczyciel jesteście w stanie zauważyć, czy to jest właśnie ten przypadek.

No i czasem fajnie jest być rewolucjonistką. Spontanicznie. Przespać mysore. I pójść na wegańskie gofry. Wegańskie, ale z konfiturą wiśniową, która prawdopodobnie ma cukier. Prawdopodobnie, nie sprawdzałam. Nie sprawdzam wszystkich norm. Czasem wrzucam na luz. I czasem zostaję też cztery oddechy w janu sirsasanie. Albo sześć. Albo nie pamiętam.

A kiedyś, o zgrozo, w cudownym warszawskim „Sklepie z goframi” zabrakło wegańskiego ciasta i zjadłam na niewegańskim, kakaowym. Polecam. Ale polecam też powrót do rytuałów po takiej niesubordynacji, i to dość szybko.

PRACA DOMOWA: W ciągu dnia obserwuj, ile z rzeczy, które robisz, to rytuały, nawyki, wypełnianie norm. Mycie zębów? Ten sam autobus do pracy? Ta sama latte po drodze? Zastanów się i wskaż rytuały dające ci poczucie bezpieczeństwa, które ci służy, oraz dające ci poczucie (złudnego) bezpieczeństwa, które cię ogranicza. Może coś zmienisz?”

[label style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „13 lekcji jogi” Agnieszki Passendorfer.[/label]

inne

Pierwsza pozycja

8 marca 2017

„Asana — tak mówimy na pozycję w jodze. Na przykład paścimottanasana — skłon do przodu. To była moja pierwsza asana ever. No, może nie pierwsza, bo przecież na WF-ie też się pojawiało coś z jogi i robiłam świecę po obejrzeniu Wojny domowej, i medytowałam w lotosie na warsztatach zen, a potem ćwiczyłam, patrząc na obrazki w książce Milana… No ale chodzi o pierwszą pozycję na zajęciach, które nazywały się „joga” właśnie.

Paścimottanasana. Mało przyjemna — wtedy. To było rano, po nie do końca przespanej nocy w samochodzie. Byłam zdezorientowana nową sytuacją. Bolały mnie pośladki, tyły nóg, plecy, ramiona i dłonie, ściskające pasek, bo z prostymi kolanami nie byłam w stanie przytrzymać się za stopy, a takie było zalecenie mojego pierwszego nauczyciela. Pasek był fioletowy. Kupiony na metry w pasmanterii na Śniadeckich w Warszawie. Na kilometry powinni sprzedawać te paski do jogi, bo czasem do stóp jest bardzo daleko.

Bolało mnie wszystko. Przez okno widziałam twarze chłopców z domu dziecka, bo ten ekskluzywny yoga retreat Anno Domini 1993 odbywał się w domu dziecka. Nie wiem, kto komu bardziej współczuł.

W końcu ja (sierotka?) cierpiałam na własne życzenie i za własne (choć częściowo pożyczone) pieniądze. Moi rodzice nie mieli z tym nic wspólnego — nie pili, nie bili mnie, nie porzucili, jak pewnie było w przypadku tych chłopców. Ja cierpiałam na własną odpowiedzialność. I w dodatku akceptowałam to cierpienie bez komentarza. Gdyby nasz nauczyciel — Jurek — niczym Christian Grey przykuł nas kajdankami do drabinek w sali gimnastycznej i prał nas pejczem za każdy błąd w asanie, też bym nie komentowała. No bo wrzuciłam już pierwszy bieg, ruszyłam z parkingu i chciałam jechać. Nie zamierzałam się poddać po pierwszym kilometrze. A raczej — centymetrze, jeśli liczyć odległość postępami na pasku.

Chociaż… nie tak miało być. Jadąc na jogę, wyobrażałam sobie raczej, że pierwsza asana oznacza błogi spokój, „Om” rozlewające się przyjemną wibracją po całym ciele i jednorożca, która zaniesie mnie na swoim grzbiecie do krainy wiecznej nirwany. Nie tak było. Ale nie poddawałam się. I tobie też nie radzę.

To się zdarza, że w trakcie jest różnie. Brakuje ci nie tylko rąk (żeby dotknąć nimi stóp), ale także cierpliwości, siły i oddechu. Drżą mięśnie. Nie do końca jesteś w stanie ogarnąć instrukcje. Które żebra są środkowe? Gdzie udo ma szczyt? Jak unieść kość ogonową i postawić łonową? Na czym?

W trakcie bywa niewygodnie, męcząco i niefajnie, ale to jeszcze nic nie znaczy. Najważniejsze, jak jest „po”. Ktoś kiedyś powiedział, że ćwiczymy po to, żeby potem poleżeć w śavasanie, pozycji trupa, czyli relaksie. Z poczuciem dobrze wykonanej pracy. Albo w ogóle wykonanej pracy. Ale ćwiczymy też po to, żeby potem żyć. I życie po sesji jogi jest zdecydowanie lepsze niż przed sesją jogi.

Joga w dość bezpiecznych w sumie warunkach (zapomnij o Greyu) wprowadza nas w pozycje niewygodne, trudne, wymagające, podnosi nam poprzeczkę, wystawia na próbę. Tak samo jak życie. Tylko że życie robi to czasem znienacka. Jeśli wcześniej mamy to przećwiczone na macie — jak to jest, gdy nie jest super, jak to jest przekraczać swoje granice, zmęczyć się do bólu, przetestować swoją elastyczność — to potem w realu jest łatwiej.

Serio. Albo jak mówił osioł ze Shreka: serio, serio.

Dlatego ja cieszę się z mojej pierwszej asany. I cieszę się z każdej kolejnej. Im dłużej ćwiczę jogę, tym więcej mam siły, elastyczności, wytrwałości, żeby żyć. I przyjąć każdą pozycję, którą narzuci mi tak zwane real life.

Cieszę się też z każdej asany, która nie wychodzi. Bo przyjemnie jest obserwować postęp. To słowo nielubiane w jogowym środowisku (podobnie jak „rywalizacja”), bo — oczywiście — w jodze nie chodzi o postępy, a przynajmniej nie te widoczne w ciele. Bardziej chodzi o oddech, spokój, komfort, panowanie nad umysłem. Ale… jednak. Gdy pojawia się swobodniejszy oddech, swobodnieje też ciało i miło jest obserwować, jak odpuszcza sztywność, a nadchodzi siła.

Nawiasem mówiąc, z definicji asana jest pozycją, w której czujemy się dobrze i w której dobrze nam się oddycha. Więc moja paścimottanasana nie była asaną w pełnym tego słowa znaczeniu. Większość początkowych pozycji nie jest. Dążymy jednak do tego, by stały się one asanami ASAP.

I w trakcie tego dążenia fajnie jest zaobserwować postępy. Tak, poczucie komfortu na pewno, ale także te widoczne, fizyczne, czyli centymetr dalej, jeden oddech dłużej… Bo one przekładają się na postępy duchowe, wierzę w to. Tak jak siła fizyczna na psychiczną, elastyczność na macie na elastyczność w życiu, równowaga w utthita hasta padangusthasanie na równowagę emocjonalną. To wszystko jest zlinkowane. I kiedy najpierw nie wychodzi, a potem wychodzi, zastrzyk endorfin jest ogromny. I właśnie dlatego nie szkodzi, że nie wychodzi. Trzeba tylko się postarać, żeby ta pierwsza asana nie stała się ostatnią. Albo raczej żeby ta pierwsza pozycja stała się asaną tak szybko, jak to możliwe. I żeby kolejne pozycje — na macie, w życiu — też stawały się coraz wygodniejsze.”

[label style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „13 lekcji jogi” Agnieszki Passendorfer.[/label]

inne

PIĘĆ ŻYWIOŁÓW (ETER, POWIETRZE, OGIEŃ, WODA, ZIEMIA)

6 marca 2017

„W ajurwedzie podkreślony jest nierozerwalny związek między człowiekiem a otaczającym go światem. Wnętrze ludzkiego organizmu jest odzwierciedleniem świata zewnętrznego. Według ajurwedy cały wszechświat oraz to‚ co się w nim znajduje (rośliny, zwierzęta, drobnoustroje ludzie, itp.)‚ powstaje z pięciu elementów (żywiołów). Są to eter (akaśa) — czasem określany też jako przestrzeń, powietrze (vaju), ogień (tedżas), woda (ap) oraz ziemia (prithivi). Ajurweda skupia się na właściwościach konkretnych żywiołów i ich przejawach zarówno w świecie, w którym żyjemy‚ jak i w organizmie człowieka.

Żywiołów nie należy rozpatrywać dosłownie: żywioł ziemi nie oznacza tylko gleby‚ po której chodzimy, a żywioł powietrza nie oznacza tylko wiatru, który czujemy. Chodzi o pewne typowe właściwości każdego żywiołu, którego materialną formę możemy zaobserwować w przyrodzie i wnętrzu naszego organizmu, np.: drzewo jest twarde i stabilne, a zatem żywiołem dominującym w jego przypadku jest ziemia; galaretka jest wilgotna, płynna i miękka, dlatego jej dominującym żywiołem będzie woda; włosy mogą być suche, lekkie i łamliwe, co świadczy o dominacji żywiołu powietrza; żołądek może być gorący, co wskazuje na dominację żywiołu ognia.

Element eteru zawiera w sobie wszystkie kolejne żywioły, ale nie jest żadnym nich. To kwintesencja, przestrzeń. Jego cechy to miękkość, lekkość oraz subtelność. Często jest odnoszony do medytacyjnego stanu umysłu. Z punktu widzenia indyjskiej medycyny występuje w pustych przestrzeniach wewnątrz ciała: w ustach, w nosie, w brzuchu, w klatce piersiowej (płucach), w krtani, w przewodzie pokarmowym, układzie oddechowym, w naczyniach krwionośnych i limfatycznych oraz w komórkach i tkankach. To element, który zawiera w sobie wszystkie pozostałe elementy, ale jest czymś więcej niż tylko ich zbitką.

Element powietrza jest materią w stanie gazowym o cechach: ruch, dynamiczność, lekkość, suchość, a także zimno, ostrość (szorstkość) i subtelność. Obecność żywiołu powietrza możemy poczuć podczas oddychania, gdy rozprzestrzenia się wewnątrz naszego ciała‚ lub podczas wietrznego dnia, gdy liście drzew poruszają się. W ciele człowieka powietrze zarządza wszelkim ruchem. Wszelkie ruchy mięśni‚ jak bicie serca, skurcze płuc oraz perystaltyka jelit i przepływ impulsów nerwowych, związane są z tym żywiołem.

Element ognia jest siłą, która może przekształcić materię w stan płynny (topnienie lodu) lub gazowy (wyparowanie wody) i na odwrót. Cechami tego żywiołu jest gorąco, subtelność, ostrość, lekkość, przejrzystość oraz suchość. W ciele człowieka ogień związany jest z procesami metabolicznymi — wszelkimi przemianami na poziomie fizycznym‚ takimi jak przekształcanie pożywienia w tłuszcz, mięśnie oraz energię, utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała, kontrola funkcji trawiennych — oraz przemianami na poziomie umysłowym‚ takimi jak przetwarzanie danych czy wyciąganie wniosków.

Element wody jest materią w stanie płynnym. Jego cechy to: ciekły, wilgotny, miękki, powolny i zimny. Występuje w błonie śluzowej, plazmie i cytoplazmie. Odpowiada za wydzielanie soków trawiennych, prawidłową pracę organów wewnętrznych oraz gruczołów ślinowych.

Element ziemi jest przejawem najbardziej stałej materii. Przykładem mogą tu być góry‚ których siła, stabilność oraz trwałość są w stanie przetrwać ataki innych żywiołów. Element ziemi jest ciężki, szorstki, twardy, stabilny, trwały, gruby oraz powolny. W naszym ciele żywioł ten również reprezentuje stałe struktury, takie jak kości, chrząstki, paznokcie, tkanki tłuszczową i mięśniową, ścięgna, skórę i włosy.

Żywioły są obecne w świecie zewnętrznym, ale również w świecie wewnętrznym — w organizmie każdego człowieka. Rozmaite proporcje i związki między żywiołami w naszym organizmie decydują o indywidualności każdego z nas. Zachowanie dynamicznej równowagi pięciu elementów (szerzej napiszę o tym w podrozdziale o trzech doszach) zapewnia zdrowe i harmonijne życie. Jej zaburzenie będzie przyczyną powstawania chorób. Przykładowo: zbyt  dużo elementu ziemi przyczyni się do powstania ogólnej ciężkości fizycznej i umysłowej; zbyt dużo elementu ognia sprzyja powstaniu stanów zapalnych oraz złości, zbyt dużo elementu powietrza często kojarzone jest z lękiem oraz pobudzeniem nerwowym.”

[badge style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Ajurweda w praktyce” (Agnieszka Wielobób, Maciej Wielobób).[/badge]

inne

Decyzja

27 lutego 2017

„Takie zdanie krąży czasem po Facebooku: You can’t steer a parked car. Nie możesz kierować zaparkowanym samochodem. Uwielbiam te fejsbukowe mądrości. Mam do nich słabość tak jak moja koleżanka Iza do hot dogów ze stacji benzynowej, choć wie, że nie są ani zdrowe, ani etyczne. I druga koleżanka, Asia, do kremów na cellulit. Nie może bez nich żyć, choć wie, że raczej nie działają i że od cellulitu nikt nie umarł. Jeśliby umarło te 90% kobiet, które go mają, zapanowałaby spora dysproporcja płci w naturze, a natura chyba nie może sobie na to pozwolić.

Wracając do samochodów i Facebooka — te złote myśli to na ogół oczywistości, o których jednak warto sobie regularnie przypominać. No bo to prawda. Nie można kierować zaparkowanym samochodem. Trzeba ruszyć. Potem można się zastanawiać, co dalej. Skręcić, zawrócić, przyhamować? Tak czy tak, najpierw trzeba wrzucić pierwszy bieg. Raczej nie wsteczny.

W krytycznych momentach mojego życia zdarzało mi się ruszać na oślep. Gdy nie dostałam się na wymarzoną Akademię Sztuk Pięknych, z zapuchniętymi od płaczu oczami złożyłam papiery na filozofię na Uniwersytet Warszawski. Zdałam. Myślałam, że to tylko na rok, że potem będzie jednak ASP. Okazało się inaczej — filozofię prawie skończyłam, prawie obroniłam pracę magisterską z etyki doświadczeń na zwierzętach, a na ASP nie przestudiowałam ani jednego dnia i teraz nie żałuję. Cieszę się, że ruszyłam, zamiast stać na parkingu.

Gdy miałam kryzys małżeński, poszłam na ustawienia hellingerowskie. Spontanicznie. Choć teraz sobie myślę, że powinnam była odejść od męża, zamiast szukać pomocy w kontrowersyjnej metodzie terapeutycznej. Z odejściem poczekałam jednak do dwudziestej rocznicy ślubu. OK. Takie wyjście też okazało się dopuszczalne, a w kosmiczno-karmicznym rozrachunku (chcę wierzyć) nawet lepsze. Zwłaszcza że przy okazji na tych ustawieniach dowiedziałam się czegoś o sobie — i to było może ważniejsze niż to, co mnie oświeciło w kwestii małżeństwa. Najważniejsze jednak, tak sobie myślę, że coś robiłam, zamiast siedzieć i płakać.

W filmie Little Children dziewczyny dyskutują na temat pani Bovary, która — wiadomo — skończyła nie najlepiej: biedna (w sensie ekonomicznym), opuszczona, raczej niekochana. Po serii tragicznych romansów i fatalnych macierzyńskich pomyłek. „Ale przynajmniej coś robiła” — broni jej bohaterka Little Children grana przez Kate Winslet.

Tak, pani Bovary przynajmniej próbowała być szczęśliwa. Przynajmniej podejmowała decyzje, szukała, działała, wrzucała bieg, i to nie raz. I za to ją podziwiam.

Jeśli chodzi o mnie, zdołowana taką czy inną życiową porażką… ruszałam na broadway jazz, psychoterapię, chi kung, lekcje francuskiego, weekend z dietą detoks, warsztaty dwupunktu. No i kiedyś — na jogę. Hollywoodzki pomysł, żeby w chwilach zwątpienia z pudełkiem lodów oglądać seriale, nie rezonuje z moją osobowością. Próbuję więc inaczej wydobyć się z doła. Próbuję wprawić siebie i życie w ruch, żeby to, co złe, niewygodne, szybko się przetoczyło, zostało za mną. Żeby przejść do następnego rozdziału, wskoczyć na kolejny poziom. W moim przypadku działa.

Jeśli chodzi o jogę, to był cudowny, choć nieprzemyślany pomysł. Byłam wtedy na czwartym roku studiów — trochę już nimi znudzona. Z narzeczonym mi się nie układało. Odeszłam z pracy w jednej stajni. Drugiej nie szukałam. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.

Trochę zwlekałam z wrzuceniem pierwszego biegu, więc… kopnął mnie los. Czyli koń. Brzmi groteskowo, ale to fakt. Niezbyt mocno, ale był wstrząs mózgu i głowa wymagała szycia. Wylądowałam w szpitalu, w którym przez przypadek nocny dyżur miał chirurg plastyk. Cudowny zbieg okoliczności, który pozwala mi myśleć, że ten kopniak nie miał być ani zabójczy, ani za bardzo zmieniający rzeczywistość (blizna po szyciu jest piękna i ją lubię, a więcej skutków ubocznych nie ma).

Przebadana przez neurologa, zdrowa, choć lekko fioletowa wróciłam do domu. A narzeczony dzień później postanowił wyjechać na sesshin (to takie buddyjskie odosobnienie), zamiast czuwać przy mnie, jak zalecił mu neurolog. Dało mi to do myślenia. Gdy dochodziłam do siebie, z zapuchniętą twarzą (jakby zupa była za słona), zdana na łaskę przyjaciółki, która na pocieszenie karmiła mnie Grishamem, harlequinami i miesięcznikiem „Dziewczyna” (właśnie ukazała się polska edycja!), bardzo dobrze mi się myślało. Szare komórki ruszyły do akcji.

Miałam delikatnego doła i nadal zero pomysłów na to, co mogę robić w życiu, ale już wiedziałam, że na samym życiu mi zależy, więc coś muszę zrobić, żeby je zmienić na lepsze. Ledwo więc zrosła mi się rana po kopnięciu, znikła opuchlizna i obawa, że ruch może mi zaszkodzić na mózg, pojechałam na majówkę z jogą. Muszę przyznać, że pomógł mi w tym były-przyszły-były narzeczony-bumerang (ten od sesshin). Do tego, że powinnam jechać, przekonał i mnie, i swojego kolegę Jurka Jaguckiego, nauczyciela jogi. Mimo że kurs był dla zaawansowanych i cały wykupiony.

Jestem mu za to wdzięczna, bo cały ten pakiet: maj + las nad morzem + wegetariańska dieta + regularny sen + joga + jogini wokół sprawił, że poczułam się lepiej. Zobaczyłam, w jakim kierunku chcę podążać. Podjęłam decyzję co do drugich studiów, zaczęłam się uśmiechać, odetchnęłam głębiej. Wrzuciłam pierwszy bieg. Albo drugi, zakładając, że joga była pierwszym.

Teraz wiem, że gdy jest mi źle (czyli dość często), muszę ruszyć w dowolną stronę. Potem ewentualnie można zawrócić czy znów na chwilę zaparkować, ale ogólnie uważam, że w większości przypadków lepiej jest coś robić, niż nie robić. Bo nawet gdy zabrniemy bardzo, bardzo daleko, gdy przegapimy czternaście zjazdów z autostrady, a nasz wewnętrzny GPS zgubi kontakt z satelitą, i tak lepiej jest próbować, niż latami siedzieć w zaparkowanym samochodzie i oglądać świat przez szybę. Pewnie wiesz, że energia, jaką wkładamy (my, ale też samochód, statek, rakieta) w ruszenie, jest większa niż ta, która potem jest potrzebna do utrzymania kursu. Może więc cię to pocieszy — jak już ruszysz, potem będzie łatwiej. Cokolwiek postanowisz, będzie łatwiej w ruchu. Takie są moje doświadczenia.

A co do jogi… nie zawracałam. W moim przypadku okazała się drogą w dobrym kierunku. I jeśli ty też czujesz, że tym razem chcesz jej spróbować — zrób to. Nic nie tracisz, nawet jeśli się okaże, że w końcu porzucisz jogę i w zamian wybierzesz modern jazz albo psychoterapię. Ale pewnie tak nie będzie.

PRACA DOMOWA: Wrzuć pierwszy bieg. Kup karnet. Albo zapłać zaliczkę na wyjazd z jogą. Albo jedno i drugie. Stań na macie. Zobacz, co się wydarzy. Przecież, jakby co, możesz zawsze zejść z maty, wyjść z sali, wrócić z wyjazdu wcześniej. Niczego nie ryzykujesz.”

[label style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „13 lekcji jogi” Agnieszki Passendorfer.[/label]

inne

CZYM JEST AJURWEDA?

23 lutego 2017

„Termin ajurweda jest złożeniem dwóch sanskryckich słów: ajur‚ czyli życie‚ oraz veda‚ czyli wiedza, nauka. Tak więc słowo „ajurweda” przetłumaczyć możemy jako: „nauka o życiu człowieka”, „znajomość życia” bądź „nauka o długowieczności”. Wszystkie tłumaczenia mają swoje uzasadnienia. Nauka o życiu człowieka — nauka o tym‚ jak współgrać z otaczającym nas światem, jak zatrzymać się na chwilę i poznać potrzeby swojego organizmu, czym kierować się podczas dokonywania wyborów, by było to najbardziej optymalnym dla nas rozwiązaniem. A dlaczego „nauka o długowieczności”? Ponieważ reagując na potrzeby organizmu (nie mylić z zachciankami)‚ podążamy za tym‚ co zdrowe, zrównoważone. Dbając o swoją dietę, kondycję fizyczną oraz psychiczną, utrzymujemy wewnętrzną równowagę, której zachowanie niezbędne jest do długiego i zdrowego życia.

Ajurweda, jak każda nauka, ma swój specyficzny język, którego używa do opisania mikro- i makrokosmosu oraz zależności między nimi. Makrokosmos to w tym przypadku wszechświat, natomiast mikrokosmosem jest wszystko to‚ co znajduje się na ziemi: rośliny, zwierzęta, skały, wszelkie mikroorganizmy oraz człowiek. Cała nauka ajurwedy opiera się na założeniu, że wszechświat i wszystko‚ co się w nim znajduje‚ jest ze sobą wzajemnie powiązane. Dzieje się tak‚ ponieważ świat i jego „zawartość” powstały z tych samych elementów: eteru (sanskr.: akaśa), powietrza (vayu), ognia (tejas), wody (ap) oraz ziemi (prithvi). Z powyższego założenia wynika kolejna prawda ― że wnętrze naszego organizmu jest odzwierciedleniem otaczającego nas wszechświata. Rozumieć to możemy w ten sposób, że wszelkie zmiany w naszym otoczeniu mają bezpośredni wpływ na nasz organizm. Właściwości pięciu elementów występujące w otaczającym nas świecie (powietrze, przestrzeń, woda, ogień, ziemia) stymulują dokładnie te same właściwości pięciu elementów występujących w naszym organizmie. W kolejnych rozdziałach będziemy bliżej jeszcze przyglądać się tym zależnościom.

Często przeczytać możemy, że ajurweda to system medyczny. Jednak bliższe jest mi stwierdzenie Roberta Svobody, który w książce Prakriti. Odkryj swoją pierwotną naturę pisze: Ajurweda to przede wszystkim sposób życia, sposób uczenia się, jak współpracować z naturą i żyć z nią w harmonii, a nie system medyczny. Ajurweda pokazuje, że dzięki prostym zaleceniom i zasadom, które rozbudzają świadomość naszego ciała, rozbudzają naszą uważność, będziemy w stanie dokonać konkretnych, świadomych wyborów, wspomagając prawidłowe funkcjonowanie naszego organizmu. Pojawia się tutaj kolejne ważne założenie, że zgodnie z naukami ajurwedy najważniejsza jest profilaktyka, a zatem edukacja i budowanie uważności i samoświadomości, a nie leczenie.

Dieta, aktywność fizyczna i umysłowa czy praca to nierozłączne aspekty naszego codziennego życia. Niestety nie zawsze wychodzą nam one na zdrowie. Ajurweda pokazuje‚ jak nie rezygnując z naszego dotychczasowego życia, a jedynie wprowadzając pewne modyfikacje, poprawić jego stan. Zdrowa, dopasowana do naszej indywidualności dieta, odpowiednio dobrana praca z ciałem oraz umysłem, masaże, zioła to tylko niektóre z licznych elementów, które mogą przyczyniać się do poprawy jakości naszego życia. Robert Svoboda decyduje się nawet na nieco radykalne, ale chyba bliskie wielu z nas, stanowisko: Ajurweda pozwala człowiekowi cieszyć się przyjemnościami do takiego stopnia, by nie stawały one zdrowiu na przeszkodzie.

Ciało i umysł są ze sobą nierozerwalnie połączone. Poszukiwanie równowagi między ciałem i umysłem to kolejny ważny aspekt tej dziedziny. Stan fizyczny naszego ciała ma bezpośredni wpływ na umysł i na odwrót. Wielu wybitnych lekarzy ajurwedy podkreśla, że najmocniejszym środkiem leczniczym jest zmiana nastawienia umysłowego, której można dokonać na przykład przez odpowiednio dobrane praktyki medytacji i znane z psychologii jogi praktyki zmiany postaw i zachowań. Podobne stanowisko zajmuje Deepak Chopra, popularny autor, lekarz endokrynolog: (…) umysł wywiera najgłębszy wpływ na ciało, a uwolnienie od chorób zależy od zmiany świadomości, zrównoważenia jej i przekazania tej równowagi ciału.”

[label style=”grey”]Fragment pochodzi z książki „Ajurweda w praktyce” (Agnieszka Wielobób, Maciej Wielobób).[/label]

Blog ZM, inne

Tylko 2 godziny snu dziennie!

25 września 2014

Dokładnie tyle potrzebował jeden z największych geniuszy w historii, by całkowicie wypocząć. Jak to możliwe?

Żeby sprawniej pracować, musisz lepiej wypoczywać.
Żeby lepiej wypoczywać, musisz spać mniej… jak Leonardo da Vinci!

Istnieją historyczne źródła, według których Leonardo da Vinci, bez wątpienia genialny artysta i bodaj najbardziej pomysłowy wynalazca w historii, był w stanie zrealizować tak wiele swoich pasji i pomysłów, ponieważ korzystał z pewnej techniki snu pozwalającej znacznie skrócić jego czas, bez uszczerbku na wypoczynku. Co więcej, taki sen jest na tyle intensywny i twórczy, że na wiele swoich pomysłów Leonardo wpadł właśnie w jego trakcie!
Continue Reading…

Blog ZM, inne

Francuzi mają Mikołajka, Polacy mają Oskara

4 lipca 2014

Nie sposób nie zauważyć podobieństwa opowiadań zawartych w ebooku „Oskar i reszta”, do niesamowicie popularnego cyklu opowiadań o Mikołajku, które są na listach bestsellerów w wielu księgarniach.

„Oskar i reszta” to niesamowicie śmieszne historyjki, często zakończone jeszcze zabawniejszymi pointami, które wciągają bez granic. Nawet nie zauważysz jak szybko przeczytasz całość. A gdy tylko to się stanie, koniecznie napisz do naszego wydawnictwa swoją opinię. Autorka czeka z niecierpliwością na pierwsze reakcje i jest gotowa opracować dużo więcej opowiadań!

Continue Reading…

inne

W wakacje odrób pracę: telewizja i komputer

14 sierpnia 2013

W wakacje odrób pracę

Gdy obserwujemy dzieci wokół siebie, zarówno te młodsze, jak i starsze, większości z nas nasuwa się jeden smutny wniosek: obecny styl życia „małolatów” je ogłupia. Tak – nie bójmy się użyć tego słowa.

Spędzają oni ogromną część życia na kanapie, oglądając komedie sytuacyjne (gdzie nie trzeba się nawet zastanawiać, który moment jest śmieszny, bo gromki śmiech w tle filmu podpowiada widzom, kiedy się śmiać :-)). Lub też śledzą z zapartym tchem akcje w filmach, gdzie przemoc jest tak sugestywna, że wywołuje w dziecku lęk lub agresję. Zarówno jedne filmy, jak i drugie nie wymagają większego wysiłku intelektualnego, bo pozbawione są istotnych szczegółów i treści, nie sugerują żadnych wniosków, nie zawierają żadnych ukrytych podtekstów, a niemal każdy konflikt pojawiający się w sztampowych scenariuszach pozostaje natychmiast rozwiązany.

Continue Reading…